II;
to nie bajka
Jak to zazwyczaj bywało, nie spałam długo. Kiedy szef się
zorientował, że odpłynęłam, natychmiast mnie zbudził kopniakiem w brzuch. Zdezorientowana
zaczęłam nerwowo chwytać powietrze, walcząc o każdy jego haust. Ręce
przycisnęłam gdzieś na wysokości przepony, a oczy zacisnęłam.
- Kto ci pozwolił spać? – Zapytał szef.
- Nikt –
odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Nikt też pozwolić nie mógł, bo nikogo nie
pytałam – dodałam, walcząc o każde słowo.
- Miałaś być
grzeczna, Lindo, a ty co robisz? U mnie nie ma miejsca na dyskutowanie.
- To nie
dyskusja – wychrypiałam z trudem. – To
prawda.
- Mam cię
dość, suko.
Tym sposobem zarobiłam kolejny kopniak, tym razem na
wysokości żeber. Oniemiała z bólu, zwinęłam się w kulkę i czekałam na rozwój
wydarzeń. Mężczyzna podszedł do mnie i, chwytając za żebra, podniósł w górę.
- Musimy stąd jechać, kochana, bo to nie jest odpowiednie
miejsce na nocleg. Na koń.
Wdrapałam się na wierzchowca. Szef związał mi dłonie sznurem
i włożył do nich miecz. Chwycił wodze mojego konia i ruszyliśmy przed siebie. Słońce
zachodziło, zalewając świat ostatnimi promykami.
- Wiesz jak daleko stąd jest hrabstwo?
- Nie –
wyszeptałam.
- Dwa dni
drogi. To nie tak długo. Za kilkadziesiąt godzin będziemy u hrabiego Dryvena, a
ja nareszcie odbiorę swoją nagrodę.
Chciałam zapytać jaką nagrodę,
chciałam zapytać, dlaczego ja, chciałam wiedzieć wszystko, czego nie wiem.
Pewnej nocy, kiedy jeszcze byłam w hrabstwie, obudziłam się roztrzęsiona. Coś
kazało mi uciekać. Wyszłam na ulicę, nastawał poranek. Dzieci bawiły się na
podwórkach, ktoś szlochał, dorośli zbierali się do pracy. Skręciłam za róg
małego domostwa, w którym wynajmowałam pokoik i zauważyłam wojsko. Byłam nowa w
mieście, więc nie wiedziałam, co mogło się tam dziać.
- Ciszej! – Prawie krzyknęła kobieta,
odciągając mnie w ciemny zaułek. - Dlaczego pytasz o takie rzeczy? Jesteś tutaj
nowa, co? – Usłyszałam, kiedy chciałam się dowiedzieć, o co w tym wszystkim
chodzi. – To coroczne czystki. W innych prowincjach przecież także są, nie
wiem, dlaczego pytasz, co się dzieje. – Kobieta owinęła szyję chustą, z
niepokojem zerkając na prawo i lewo, upewniając się, że nikt nie idzie. –
Wszyscy w wieku szesnastu lat muszą dotknąć kamienia Shedar. Jeśli są tak zwani
,,czyści’’ to kamień odciska na nich swoją pieczęć. – Kobieta podwinęła rękaw
zielonej, lnianej sukni i pokazała nadgarstek. Błękitny znak koła opasanego białą wstęgą zdobił ciało
kobiety. - Jeśli taka pieczęć pojawi się na nadgarstku czystego, jest on
puszczany wolno, a jeśli… Jeśli stanie się coś… Coś, co odbiega od normy… -
Kobieta zamknęła oczy i mocniej złapała koszyk, który trzymała w ręce. – Nie
wiem, moja miła. Nigdy nic dziwnego się nie stało, ale władze miasta nie chcą
ryzykować. Nie mam pojęcia, do czego służy ten kamień i dlaczego jest taki ważny.
Słyszałam tylko pogłoski, które mówią o nieziemskich, białych istotach,
zstępujących na ziemię. To chyba nie ma ze sobą nic wspólnego, ale powtarzam
tylko to, co słyszałam. Przykro mi, moja miła, że nie mogę ci bardziej pomóc.
- A skąd
wiedzą, kto ma szesnaście lat? – Zapytałam z ciekawością. - Jest tutaj wielu
przejezdnych.
- Te
szesnaście lat to teoria. Miejscowi są w tym wieku sprawdzani. Jeśli ktoś jest
dorosły, a na dłoni nie ma znaku, to też musi dotknąć kamienia. Ile masz lat,
moja miła?
-
Czternaście – skłamałam, patrząc w ziemię. – Przyjechałam tu przedwczoraj z
rodzicami w poszukiwaniu siostry mojej mamy. Często się przeprowadzamy, bo tata
jest kupcem i wędruje w poszukiwaniu nowych towarów. Przybywam z daleka, więc
po prostu się zdziwiłam, kiedy wyszłam z pokoju, a na ulicach stały straże.
- Och, to
nic dziwnego, że nie wiedziałaś, o co chodzi. W mniejszych miasteczkach daleko
za granicami Tyrreny rzadko słychać o Shedar. Żołnierze wraz z Opiekunami
Kamienia jeżdżą tam raz na pięć lat i sprawdzają wszystkich mieszkańców. – Odparła z uśmiechem kobieta. – Może po
prostu raz na każde pięć lat byłaś w innym mieście i cię nie sprawdzili. –
Dodała. – Ale nie martw się, na ciebie także przyjdzie czas. Wybacz, ale muszę
już wracać do pracy. Cieszę się, że mogłam ci pomóc. – Obdarzyła mnie wesołym
spojrzeniem i ruszyła w stronę rynku.
- Dziękuję
bardzo! – Krzyknęłam na pożegnanie.
Odetchnęłam z ulgą. Cieszyłam się,
że nie zaproponowała mi pomocy w szukaniu siostry mamy albo nie zaprowadziła
mnie do straży. Gdyby to zrobiła, musiałabym zacząć uciekać, co nie przeszłoby
niezauważone. Na szczęście trafiłam na jedną z milszych osób w tym hrabstwie.
Jednak obawy nie miały końca. Na dłoni nie miałam żadnego znaku, a moje
siedemnaście wiosen robiło swoje. Rysy twarzy nie były już dziecięce, ale coraz
bardziej kobiece, budowa ciała coraz dojrzalsza. Nie mogłam tutaj zostać, ale
gdzie mogłabym uciec?
Zrezygnowana i przestraszona
ruszyłam w stronę mojego pokoju na poddaszu, zamykając drzwi na klucz. Wspięłam
się na łóżko i delikatnie zbadałam budowę dachu, która składała się ze
słomianych snopków powiązanych ze sobą sznurami i drewnianych desek przybitych
gwoźdźmi do szkieletu budynku. Przeszłam po łóżku i, stanąwszy w rogu,
delikatnie zdjęłam snopek siana. Położyłam go na podłodze i wzięłam z szafy mój
sztylet, którym delikatnie wyjęłam gwoździe z deski. Włożyłam je do kieszeni, a
kawałek drewna powolutku przesunęłam w dół. Dzięki temu miałam dogodny widok na
rynek miasta i pewność, że nie zostanę zauważona.
Żołnierze stali w kole obróceni przodem do zewnątrz. Pośrodku
okręgu siedziało trzech mężczyzn w błękitnych szatach. Obok jednego z nich
stały dwie beczki z wodą i stolik, na którym rozłożone były małe kawałki
materiału. Pozostała dwójka trzymała w dłoniach małe pudełeczko, z którego środka
emanowało niebieskie świadoma rzędami budynków. Długa kolejka ludzi stała po
prawej stronie koła, pomiędzy żołnierzami pilnującymi tam porządku. Dwa rzędy
budynków mieszkalnych, karczm i prowizorycznych sklepów skutecznie utrudniały
komukolwiek ucieczkę. Nikt nie próbował nigdzie iść, jednak ze względów
bezpieczeństwa straże stały tam, gdzie stały i już. Co minutę kolejne osoby
wchodziły do środka okręgu, podchodziły do pierwszego mężczyzny, który wkładał
tkaninę do wody i obmywał nadgarstek człowieka. Ten następnie przechodził do
pozostałych dwóch mężczyzn i podawał im dłoń, do której Opiekuni Kamienia
przykładali Shedar. Kamień świecił intensywnym, niebieskim światłem, po czym
gasł. Czysty zaś wychodził z lewej strony okręgu i z ulgą opuszczał rynek.
Straże organizowały łapanki pośród mieszkańców miasta, co
rusz czas wchodząc do mieszkań albo sklepów. Oto nadszedł czas, w którym
powinnam opuścić to pomieszczenie, a co za tym idzie, miasto. Szybko podciągnęłam
deskę do góry i na powrót przybiłam ją gwoźdźmi do szkieletu budynku, po czym
odłożyłam słomę na miejsce. Zeskoczyłam z łóżka, wyjęłam z szafy skórzaną
kamizelkę, włożyłam miecz do pochwy, a do kieszeni włożyłam srebrne monety. Z
udawanym spokojem zeszłam po trzeszczących schodach na parter, znalazłam
właściciela i, dziękując za udostępnienie lokalu, włożyłam mu do ręki srebrne
monety. Szybko wyszłam z budynku, kierując się w lewo, na obrzeża miasta. Na
każdym zakręcie sprawdzałam, czy na drodze nie ma żołnierzy. Intuicja mówiła
mi, że powinnam uciekać stamtąd jak najszybciej i jak najdalej. Z szybkiego
marszu zbyt szybko przeszłam do truchtu, to był mój największy błąd. Straże
natychmiast mnie zauważyły i zaczęły za mną biec. Skręciłam w ciemny zaułek i
schowałam się za skrzyniami z owocami. Oprawcy mnie minęli. Szybko stamtąd
wyskoczyłam i skierowałam się w stronę jedynej znanej mi stajni. Biegłam, nie
zważając na nikogo i na nic, walcząc o każdy haust powietrza. Nagle zauważyłam,
że jednak nie jestem sama. Żołnierze biegli za mną, wykrzykując coś do swoich
kompanów. Skręciłam w lewo, minęłam starą karczmę i zauważyłam czarnego rumaka.
Niewiele myśląc porwałam wodze i galopem ruszyłam przed siebie.
- Ej, panienko – wysyczał szef. – Nie zapomniałaś się trochę?
Słońce schowało się za górami, a księżyc oświetlał drogę.
Nadal siedziałam w siodle, kurczowo trzymając grzywę wierzchowca. Byłam na
małej polanie otoczonej zewsząd drzewami i oświetlonej srebrzystymi gwiazdami.
- Zostajemy tutaj na noc, zsiadaj i chodź mi pomóc. –
Zarządził. - Nazbieraj trochę suchej trawy i połóż ją gdzieś. Ja znajdę drzewo
na opał. Wyjmij z juków suszone mięso i bukłaki z wodą. Jeśli chcesz, żeby
kolacja była smaczniejsza to możesz pokombinować z jakimiś ziołami. Rozumiesz
wszystko? – Skończył gestykulować i popatrzył na mnie. Pokiwałam głową. –
Dobrze. Tylko się pośpiesz.
Ruszyłam w stronę lasu i uzbierałam suchej trawy. Było jej w
sam raz na w miarę wygodny nocleg dla mnie
i szefa. Wyjęłam mięso i wpadłam na jedyny pomysł, który mógł uratować moje
życie. Trzeba je dobrze doprawić. Ja już je doprawię. Ten drań do końca życia
zapamięta ten smak.
Wstałam i poszłam w stronę krzewów jeżyny. W ich okolicach
zawsze rośnie najwięcej Dekkar, których rozpaczliwie szukałam. Nie myliłam się.
Średniej wielkości kępka rosła w miejscu, w którym powinna rosnąć. Wszystko
szło zgodnie z planem. Najważniejsze w zbieraniu Dekkar jest odpowiednie
przycięcie. Nie można uszkodzić korzenia, bo jego cierpki sok zatruwa całą
roślinę, zabijając ją natychmiastowo. Wyjęłam sztylet, który szef mi oddał i
ucięłam kilka pędów Dekkar, delikatnie je kładąc na ziemię obok. Drugim etapem
była obróbka- odrywanie liści od pędu. Usiadłam tak, aby nie obciążać nogi i
wzięłam się do pracy. Powoli, ale dokładnie odczepiałam zielone listki od
łodygi. Były wielkości monety i miały charakterystyczne rowki na całej
powierzchni. Skrupulatne praca dawała efekty- po kilku minutach wszystkie
listki leżały na płaskim kamieniu, który miał służyć za deskę do krojenia.
Następna faza polegała na usunięciu tak zwanych tętnic z
liści. Była to po prostu najgrubsza część unerwienia listnego, która także
miała w sobie sok zabijający roślinę. Ironia losu, pomyślałam. W żyłach rośliny
płynie trucizna, która zabija tylko ją, nikogo innego. Bezsensu. A może jednak
z sensem? Przecież to genialne! Szybko nacięłam tętnice, które miały doprawiać
moją część posiłku i uśmiechnęłam się do siebie. Teraz roślina zatruje tylko
tego drania, a nie mnie. Kiedy całe pozostałe unerwienie zostało prawidłowo
usunięte, zakopałam je wraz z pędami w ziemi, aby szef przypadkiem nic nie
zauważył. Posiekałam zdatne do użytku listki i wróciłam do obozowiska w jednej
ręce niosąc zioła dla mnie- te, które same siebie zatruły i nie mogły nic
zrobić, a w drugiej te dla szefa, które miały negatywne skutki. Wyjęłam suszone
mięso i podzieliłam je na dwie części, uprzednio obmywając sztylet, aby nie
zatruł posiłku. Dokuśtykałam się do lasu i przyniosłam płaski kamień, na którym
wcześniej siekałam Dekkar oraz dwa duże liście łopianu. Na jednym z nich
ułożyłam mój kawałek mięsa, a na drugim ten dla szefa. Wyjęłam z plecaka
malutką miseczkę, do której wlałam trochę wody i wrzuciłam moje Dekkar.
Chwyciłam średniej wielkości kamień, którym roztarłam liście. Był to pewnego
rodzaju młynek służący do przygotowywania maści lub innych rzeczy. Wtarłam
mieszankę w mięso i zawinęłam je w liść łopianu. Następnie to samo zrobiłam z
Dekkar szefa i tak przyrządzone danie położyłam na kamieniu.
Mężczyzna w tym czasie zbierał drewno i ciął je mieczem na
mniejsze kawałki. Suchą trawę służącą za rozpałkę ułożył na gołej ziemi. Wokoło
niej poukładał drewno, a pozostałe kawałki rzucił obok koni, które przywiązane
były do dębu. Podpowiedziałam szefowi, żeby do rozpalenia ogniska użył
krzemieni, które leżały gdzieś w jukach. Warknął i poszedł po nie. Ja zaś w tym
czasie ruszyłam do lasu po nasiona drzewa Yrivis, które zwano Yrviskami. Owalne
i brązowe nasionka leżały pod drzewem. Ciężko było znaleźć te dojrzałe, które
można było rozpoznać po lekko otwartej skorupie, więc moje poszukiwania w
blasku księżyca trwały dość długo.
Yrwiski budową przypominały kasztany, ale były nieco większe
i żółte. Po otwarciu skorupki wyskakiwały z nich dwa nasionka wielkości
orzechów włoskich. Trzeba było uważać, żeby nie odskoczyły za daleko, bo miały
ciemne ubarwienie, które ułatwiało im chowanie się w ziemi. Kiedy zebrałam
osiem potrzebnych Yrwisków, wróciłam do obozowiska, po drodze zabierając z
plecaka bukłak z wodą i sakiewkę z maścią leczniczą. Ciepłe płomienie ogniska
wesoło skakały, oświetlając całą polankę. Usiadłam na wcześniej przygotowanej
suchej trawie i wzięłam płaski kamień z mięsem. Patykiem uporządkowałam drewno
stojące w płomieniach i delikatnie ułożyłam na nim kamień. Szef podał mi
metalowy garnuszek, do którego nalałam wody i postawiłam go na ognisku,
pomiędzy jednym kawałkiem mięsa a drugim. Prawie zapomniałam, że siedzę obok
mężczyzny, który wcześniej mnie pobił, a w niedalekiej przyszłości miał zamiar
oddać mnie w ręce Dryvena. To było o wiele gorsze od pobicia.
Ale ja byłam spokojna. Wiedziałam, że kiedy zioła zaczną
działać, szef zaśnie, a ja będę mogła go unieruchomić. Nie miałam zamiaru
zabijać człowieka, ale gdyby oczywiście zaszła taka potrzeba, byłam na to
gotowa.
- O czym myślisz? – Zapytał, wybijając mnie z rytmu.
Myślałam, że nie rozpocznie rozmowy. Myliłam się. – Odpowiedz.
- Zastanawiam się, dlaczego mnie wszyscy ścigają. – Odparłam
zgodnie z prawdą. – Przecież nie zrobiłam nic złego.
Szef wybuchnął śmiechem.
- Ależ złociutka – wrzucił kawałek drewna do ognia –
oczywiście, że zrobiłaś.
- Ale co takiego? Przyjechałam do miasta, siedziałam tam
trochę… Nic nie zrobiłam.
- Co prawda to prawda. Dobrze mówisz, nic nie zrobiłaś. I na
tym właśnie polegał twój błąd. W czasie czystek każdy w twoim wieku musi się
stawić na Sprawdzenie Czystości. Ceremonia Przejścia właśnie na tym polega.
- Ale – przerwałam mu – ja nawet nie wiedziałam, co to jest i
co oznacza.
Podszedł bliżej, siadając koło mnie.
- Co ukrywasz? – Zagadnął, obracając mięso na kamieniu.
- Nic.
- Więc dlaczego nie chciałaś przejść ceremonii? Może jesteś
Nieczysta, hę?
- Nawet nie wiem, co to oznacza. – Nerwowo poruszałam rękami,
próbując uwolnić się od sznurów. Szef to zauważył.
- Będziesz grzeczna? – Zapytał jak poprzednim razem.
Pokiwałam głową, on rozciął liny. Pomasowałam nadgarstki. – Nie wiesz, co to oznacza? A wiesz, co
oznacza Czysty?
- Ktoś ze znakiem.
- Więc kim jest Nieczysty?
- Ktoś bez znaku.
- Dobrze. – Klasnął w dłonie. – Sama to sobie tłumaczysz.
- Rozumiem to, o czym mówimy. Wiem, kim jest Czysty. Ma znak
i ukończone szesnaście lat. Natomiast nie wiem, kim jest Nieczysty. Nie wiem,
co się dzieje w momencie zetknięcia Shedar z jego ciałem. Nie wiem, kim jest ta
osoba. Nie wiem też dlaczego mnie ścigacie.
- Kodeks Terreny jest surowy w stosunku do osób, które
unikają Ceremonii Przejścia. Są od razu nazywani Nieczystymi i ścigani w całej
Tyrrenie. Dopóki nie przejdą Sprawdzenia, są po prostu Nieczyści.
- Co oznacza Nieczystość w takim razie? Co się dzieje z
osobą, która dotyka Shedar, a jest Nieczysta? Czym się różni od innych?
- Rzecz w tym, że nie wiemy. – Zadumał się szef. – Nie wiemy.
- Ale…
- Kiedy Nieczysty dotyka Shedar po prostu… Ginie. Zabiera
swoją tajemnicę do grobu.
Zdziwiłam się. Nazywają ich Nieczystymi po śmierci. Może to
nie ich wina, tylko Opiekunów Kamienia, którzy robią coś nie tak podczas
Ceremonii. To, o czym myślałam, wyznałam szefowi. W tym samym momencie zdjęłam
gorące mięso z kamienia, wspomagając się mieczem szefa i garnuszek, do którego
wrzuciłam Yrwiski. Mężczyzna odwiną swoją porcję z łupienia, pozostawiając do
wystygnięcia. Ja natomiast zostawiłam w środku, aby mięso nasiąknęło smakiem
Dekkar
- A skąd mamy to wiedzieć? – Zaczął szef. - Jeżeli uciekają
przed ceremonią- w oczach ludzi po prostu coś ukrywają. Moim zdaniem lepiej
przejść Sprawdzenie i umrzeć, niż uciekać. Kiedy uciekasz- sam w sobie coś
skrywasz. A kiedy coś skrywasz- inni chcą się dowiedzieć, co to takiego. A
kiedy inni chcą się dowiedzieć, co to – są w stanie zrobić wszystko, aby dopiąć
swego.
- W takim razie teraz każdy będzie chciał się dowiedzieć, co
ukrywam. A jeśli nie ukrywam nic?
- Oj piękna. Teraz tego nie udowodnisz. – Uśmiechnął się
gorzko. – Jedynym sposobem, aby to sprawdzić jest Ceremonia. A jeżeli jej nie
przejdziesz to zginiesz. Tak więc jedynym sposobem są tortury.
- Ale ja nic nie wiem! – Krzyknęłam zbulwersowana,
powstrzymując łzy. – Nie możesz mnie po prostu puścić i powiedzieć, że się
zabiłam po drodze? – Chwyciłam szefa za ramiona i zaczęłam nim trząść. – Nie
możesz tego zrobić?!
- Ej, piękna! – Odrzucił moje dłonie w tył. – Pohamuj się
trochę. Nie mogę nic zrobić. Kazali mi cię dostarczyć, to mam zamiar wykonać
zadanie. Pamiętaj, że dostanę nagrodę. A nagrody są… - Oblizał wargi. – Dość
sowite.
Przestraszyłam się.
- Koniec pogadanek na dzisiaj. Lepiej zjedz to, coś
przyrządziła, posmaruj nogę tym szajsem i powiedz, kiedy skończysz.
Wzięliśmy się do jedzenia, używając rąk i sztyletów, a
wszystko popijając herbatą z nasion Yrivisu. Mięso było co najmniej smaczne. Po
ciężkiej drodze ziemia była najmiększym łóżkiem, a smażona potrawa najlepsza na
świecie. Dekkar zastępował sól i pieprz w jednym, nie miałam pojęcia, czy szef
wiedział, co to za zioło. Miałam nadzieję, że nie będzie dopytywał, skąd
wzięłam tyle przypraw. Nawet jeśli, powiem, że były schowane w jukach i nie
zauważył ich.
Po skończonym posiłku wrzuciliśmy łopian do ognia. Ja wzięłam się za ściąganie opatrunku z łydki, smarowanie jej maścią leczniczą, oczyszczanie tkaniny i powtórne jej zakładanie. Czułam, że w najbliższym czasie będe musiała powtarzać ten zabieg jeszcze kilkadziesiąt razy. Rana ani nie wyglądała lepiej, ani nawet nie bolała mniej. Po prostu z biegiem czasu ciało coraz bardziej przyzwyczajało się do ciągłego bólu.
Kiedy skończyłam, padłam zmęczona na leżankę z trawy.
- Hola hola! - Zawałał szef. - A ty co robisz?
Zdziwiłam się.
- Leżę...? - Zapytałam niepewnie, nie wiedząc, o co mu chodzi.
- Ano właśnie. A wiesz, że nie mogę ci pozwolić tutaj spać z rozwiązanymi rękami? Mogłabyś pobiec gdzieś daleko...
- Pobiec? Raczej nie zabiegłabym daleko. - Odparłam z przekonaniem.
- Tam stoją konie, złociutka. Nie wiem, o czym myślisz pod tym swoim pięknym czołem, ale ja durniem nie jestem.
Jesteś, pomyślałam. Zjadłeś mięso przyprawiane Dekkar, ty baranie.
- Mogłabyś odjechechać. Gdzieś daleko... - Zbliżył się do mnie tak, że swoją brodą dotykał mojego nosa. Delikatnie nawinął kosmyk moich włosów na palec i uczepił na nich swój wzrok. - Nie mogę pozwolić, abyś mi uciekła. - W jego oczach błyszczało szaleństwo. Dekkar zaczynało działać. - Byłoby mi bardzo przykro... - Jego ohydny oddech odbijał się od moich policzków. - Szkoda tak pięknej zdobyczy - przerwał - jak ty. - Spojrzał mi głęboko w oczy. Lazur jego tęczówek spiorunował mnie. Czułam, że tonę. Dekkar działało nawet na otoczenie. A ja nie mogłam utonąć.
- Zostaw mnie - wyszeptałam, odwracając głowę w bok. Chwycił mnie za nadgarstki.
- Wstań - rozkazał.
Z obrzydzeniem pozwoliłam, żeby jego szorstkie dłonie uniosły mnie w górę.
- Chodź - wyszeptał, wciąż gorliwie uczepiony moich nadgarstków. - Może sam sobie wyznaczę nagrodę... Szkoda byłoby - popatrzył w niebo - nie skorzystać z takiej zdobyczy. - Dodał, przenosząc na mnie spojrzenie. - A przecież nikt się nie dowie - mamrotał sam do siebie, powłócząc nogami.
Zaciągnął mnie do drzewa i przywiązał moje ręce do pnia. Kucnął przede mną i świdrował mnie spojrzeniem od góry do dołu.
- Piękna jesteś - szeptał. - Co ukrywasz pod koszulą?
Przestraszyłam się max. XDDDDDDDDDDD
Na prawdę się przestraszyłam. Nie wiedziałam, do czego szef jest zdolny, ale byłam prawie pewna, jak ta noc się skończy. Nie mogłam na to pozwolić.
- Zostaw mnie - powiedziałam stanowczo. Szyderczy śmiech ogarnął całą polanę, strasząc wszystkie małe żyjątka z lasu. Krzyknęłam, kiedy dotknął moich ramion. - Zostaw mnie!
Jego wzrok powędrował w stronę moich oczu. To nie było miłe spojrzenie. Wielu ludzi zażywa Dekkar, aby się zabawić. Zioło na każdego działa inaczej, jednak wszyscy są szczęśliwi, kiedy je wciągają lub piją. Miałam nadzieję, że szef po prostu trochę się pośmieje, położy i zaśnie. Albo straci czujność i będę mogła go zabić. Obydwie opcje były dobre, jednak druga wydawała się o wiele ciekawsza.
Moje rozmyślania przerwał chrapliwy oddech tuż przy moim uchu. Szef delikatnie dotykał mojej szyi, szepcząc miłe słówka. Znosiłam to z odwagą w oczach i bólem w sercu. Bałam się.
- Nie dotykaj mnie! - Krzyknęłam, kopiąc go w nogę. Siła uderzenia powaliła go na ziemię. - Nie rozumiesz?!
Mężczyzna śmiał się, powoli wstając.
- Jeżeli nie oddasz mi się dobrowolnie - uderzył pięścią w otwartą dłoń - będę musiał wziąć cię siłą. - Roześmiał się. - Mam na ciebie ochotę, złociutka.
Kucnął i próbował zdjąć mi z ramion skórzaną kamizelkę. Ugryzłam go, warcząc. Odskoczył jak oparzony, po chwili znowu wracając do mnie.
- Czyli wolisz, żebym wziął cię siłą? - powiedział. - Jak sobie życzysz.
Po tych słowach kopnął mnie trzy razy w brzuch i spoliczkował. Myślałam, że zwymiotuję. Z trudem chwytałam powietrze, walcząc o utrzymanie przytomności. Nie mogłam sobie pozwolić na slabość, jednak ból z każdą sekundą otepiał mój umysł. Zacisnęłam zęby, kiedy łapska mężczyzny spoczęły na moim biuście. Zaczęłam się szarpać i krzyczeć, jednak sznury skutecznie nie pozwalały na uwolnienie rąk. Szef zbliżył się do mnie i przyłożył usta do moich warg. Oplułam go.
- Ty szmato! - Krzyknął, ścierając rękawem ślinę z twarzy. - Pożałujesz, suko.
Nachalnie ściągnął z moich ramion koszulę, jednak sznur uniemożliwiał zrzucenie jej. Byłam usatysfakcjonowana wiedząc, że sam sobie przeszkadza, pomagając mi. Gdyby nie związał mi rąk, wszystko byłoby dla niego łatwiejsze.
- Nie dotykaj mnie! - Wrzasnęłam ostatni raz, szarpiąc się kopiąc mężczyznę.
Nic więcej tego wieczoru nie powiedziałam. Szef wepchnął mi jakiś materiał do ust, żebym siedziała cicho. Jedenym pozytkiem związanym z tym było to, że nie mógł mnie całować. Poczułam ulgę. Tymczasem on z uśmiechem zabawiał się moimi włosami, szepcząc coś o wygranej.
- Nie uciekniesz mi, maleńka. - Oblizał wargi. - Nie uciekniesz. Teraz jesteś moja. Zasłużyłem na ciebie.
Dotknął moich obojczyków, po czym poznawał moje ciało centymetr po centymetrze. Byłam bezradna, unieruchomił moje nogi. Pocałował mnie w policzek, później w szyję i niżej. Jego dłonie bezwstydnie dotykały mnie wszędzie, a ja z każdą chwilą czułam coraz większe obrzydzenie. Oddech miał przyspieszony, a jego serce galopowało. Chciałam krzyczeć, chciałam wyć z bezsilności, a nie mogłam. Co parę chwil mężczyzna policzkował mnie, abym przestała go kopać. Nie mogłam się poddać, nie wtedy, kiedy jeszcze byłam w stanie walczyć.
- Wiem, że mnie pragniesz. - Jesteś ostatnią osobą, którą mogłabym pokochać. - Wiem, że mnie chcesz. - Nienawidzę cię. - Wiem, jakim pożądliwym wzrokiem na mnie patrzysz. - Nienawidzę cię!
Krzyknęłam, kiedy włożył rękę do moich spodni. Po policzku spłynęła mi łza. Robiłam, co mogłam, co tylko potrafiłam, a to ciągle było za mało. Nigdy nie chciałam, żeby to wszystko wyglądało właśnie tak. Jego ręce wędrowały po moim ciele, a oczy świdrowały od góry do dołu. Wstał i zdjął spodnie. Zacisnęłam oczy i na oślep kopałam nogami powietrze. Musiałam uderzyć go w kostkę, bo coś gruchnęło, a mężczyzna zwalił się na ziemię. Krzyczał.
- Nie odpuszczę ci, rozumiesz?! Nie odpuszczę!!!
Podczołgał się do mnie, siadając mi na nogach. Powstrzymywałam wymioty, gwałtownie łapiąc oddech. Zacisnęłam powtórnie oczy i poprzysięgłam, że już nigdy ich nie otworzę. Czułam jego dłonie na moich piersiach, na brzuchu, wszędzie. Próbowałam krzyczeć, ale nie mogłam. Kiedy wszystko wskazywało tylko na jedno, powietrzem wstrząsnął bezgłośny grom.
Kaylee obudziła się, gwałtownie chwytając powietrze. Rękami obmacała teran wokół niej. Leżała w dębie, tak jak poprzedniej nocy. Zresztą nie wiedziała dokładnie, która to noc i gdzie jest. Jej serce biło o wiele za szybko. Miecz stał wsparty o ścianę kryjówki, a juki leżały obok niego. Noga dziewczyny była cała. Kaylee przestraszona wyjrzała ze schronienia. Słońce właśnie wstawało, rzucając pierwsze promyki słoneczne na las. To był tylko sen, myślała gorączkowo. To był tylko sen...
Aż sen!