14 lutego 2015

rozdział 1

I; trudne początki
Popędziła konia, głośno oddychając i czekając na boskie zbawienie. Bojówka gnała tuż za nią, co rusz przecinając powietrze strzałami. Kaylee musiała schylać głowę, prawie dotykając czarnej grzywy rumaka. Skręciła w prawo, omijając olbrzymi dąb, a potem w lewo, ku rzece. Słońce szukało kryjówki gdzieś za wysokimi górami, a księżyc tylko czekał na moment, w którym będzie mógł się wzbić na sam środek nocnego nieba. Dla Kaylee było to pewnego rodzaju zbawienie- miała nadzieję, że uda jej się ukryć w mroku cienia.
Czerwone chorągwie, znak przynależności do hrabstwa, wesoło powiewały na wietrze, dodając uroku żołnierzom w srebrzystych zbrojach. Tu wszystko było tak idealne, tak perfekcyjne… Bojówka nie była dobra, a już na pewno nie idealna. Okropne charaktery, przejrzyste oczy i ręce zdolne tylko zadawać cierpienie. Umysły od urodzenia przystosowane do zabijania, które było ich jedynym celem. Wychowano ich na morderców, niezdolnych do kochania czy odczuwania emocji. Wszystko, co robili, czego pragnęli, było z góry przesądzone. Kierowało nimi ślepe przekonanie, które kazało zabijać na rozkaz. I nic więcej.
Teraz w trójkę jechali za Kaylee, śmiejąc się i krzycząc, że nigdy im nie ucieknie, że i tak ją dopadną. Ale dziewczyna się nie bała- wiedziała, że to nie są czcze pogróżki, jednak jej umysł kazał zachować spokój i trzeźwo myśleć. Z daleka widziała rzekę, ale dopiero teraz uznała, że może jej się w pewien sposób przydać. Godzinna ucieczka wycieńczyła fizycznie dziewczynę, nie wspominając już o koniu. Rumak nie był jej własnością. Pochwyciła jego wodze, kiedy uciekała z miasta. Wybrała go, bo wyglądał na silnego. Nie był zbyt duży, ale też za mały- wydawał się w sam raz do ucieczki.
Ciężko oddychając, pognała wycieńczonego wierzchowca w stronę rzeki. Na zakręcie w lewo grunt opadał nieco, a sosny rosły gęsto wzdłuż brzegu. Pomiędzy spadem, a drzewami było trochę miejsca- idealne kryjówka. Przynajmniej chwilowa. Kiedy do zakrętu było jeszcze kilkaset kroków, Kaylee ostrożnie odpięła od siodła dwie juki  i zarzuciła je na plecy. Obróciła się- bojówka była tuż przy rzece- nie było czasu do stracenia, a nie mogli jej zobaczyć.  Chwyciła miecz, pognała konia, gwałtownie skręcając w prawo, jednocześnie kopiąc go w zad i skacząc pomiędzy sosny. Miecz zabrzęczał, dotykając pnia jednego z drzew. Uderzyła plecami o  twardą ziemię i cicho jęknęła. Udało się.
Rumak jeszcze szybciej pognał w las, a ona schroniła się pod sosnami. Wyciągnęła ręce, aby uspokoić  kołyszące się gałęzie. Wstrzymała oddech, kiedy usłyszała stukot kopyt i skuliła się, jak najbardziej dociskając plecy do ziemi. Coraz bliżej, nad nią. Przejechali, nie zauważyli jej. Znowu się udało. Jednak nie miała zbyt wiele czasu. Nie wiedziała, gdzie pogna samotny koń, a także jak długo będzie uciekał bez jeźdźca. W każdym razie niedługo się zorientują, że jej nie ma w siodle. Musiała uciekać dalej.
Juki nie ważyły dużo, jednak przy długim marszu byłyby niepotrzebnym obciążeniem. Kaylee nie wiedziała, co w nich jest, bo kiedy wskakiwała na konia, one już tam były. Nie miała czasu sprawdzać, więc po prostu ich nie dotykała. Teraz otworzyła jedną z nich. Suszone mięso i owoce, trzy chleby, suchary, kostki cukru, dwie marchewki oraz soczyste jabłko. W drugiej juce była saszetka z pieniędzmi i druga z leczniczą maścią, srebrny pierścionek oraz naszyjnik, dwa krzemienie do rozniecania ognia, mały kocyk,  a także sztylet. Delikatnie wsunęła go do buta. Zrobiło jej się szkoda właściciela, któremu skradła te przedmioty. Nie zrobiła tego celowo, chciała tylko przeżyć. Ale miała większe zmartwienia na głowie- lada chwila ktoś mógł ją zabić i zanieść jej głowę hrabiemu. Musiała uciekać. Ale po co?
Na spokojnie przeanalizowała wszystkie rozwiązania. Mogła dalej uciekać przez las, ale zostawiając tutaj jedzenie byłoby to bezcelowe. Nie przetrwałaby długo.  Z drugiej strony bieganie z takim obciążeniem też nie miało sensu. Powoli zapadał zmrok, więc mogła tylko schować się gdzieś i poczekać do rana. Słońce chowało się za górami, a noc zasnuwała świat. Z każdą minutą jej szanse na przeżycie wzrastały. Oczywiście możliwe było, że bojówka ją dopadnie, ale miała ogromną nadzieję, że tak się nie stanie. Włożyła więc pierścionek na serdeczny palec lewej ręki, naszyjnik zawiesiła na szyi i chwyciła miecz. Zarzuciła juki na plecy i ostrożnie przeczołgała się pod gałęziami, starając się jak najmniej hałasować. Igły kłuły ją w twarz i wpadały do oczu, utrudniając przemieszczanie się. Nie miała jednak wyboru, więc ruszyła przed siebie, mieczem odpychając nieużyteczne konary drzew. Kiedy pokonała ten beznadziejny gąszcz, wstała powolutku, rozprostowując plecy.
Ruszyła przed siebie, stąpając tylko po miękkiej trawie albo mchu, aby nie hałasować i nie zostawiać śladów na ziemi. Gęsto rosły tutaj jagody, maliny, gdzieniegdzie były nawet poziomki. Po prawej stronie do nieba pięły się ogromne krzewy czerwonych oraz czarnych jeżyn. Kaylee wędrowała około piętnastu minut w bladej poświacie księżyca, kiedy nagle zauważyła średniej wielkości dąb, rosnący pomiędzy innymi drzewami tego typu. Każdy z nich otaczały gęste krzaki, a na ziemi leżało mnóstwo żołędzi. Niby nic dziwnego, ale coś kazało dziewczynie podejść do każdego z drzew i sprawdzić, co jest w środku. Poszukiwania zaczęła od prawej strony. Delikatnie rozsunęła gałęzie i dotknęła pnia. Zimna i twarda kora, nic więcej. Podeszła więc do drugiego, trzeciego, czwartego i piątego. Nic, wszędzie do samo. Nie ustawała jednak, gdyż intuicja w żadnym wypadku nie prosiła jej o zaniechanie poszukiwań, wręcz przeciwnie. Drążyła więc dalej, aż w końcu się udało. Rozchyliła gałęzie, i włożyła rękę pomiędzy nie. Spodziewała się dotknąć zimnej kory, ale nic się nie stało. Uniosła głowę ku niebu. Drzewo wyglądało na zdrowe, rosło prosto i miało zieloną koronę. Pień był gruby na co najmniej dwa długie kroki. Kaylee rozsunęła gałęzie mieczem i okazało się, że w środku jest jakby… Dziura, aż prosząca się, aby spędzić w niej noc.
Dziewczyna włożyła juki z mieczem do środka, a sama ruszyła na poszukiwanie suchej trawy do wyłożenia podłoża w dębie. Znalazła dosyć dużą kępę i ucięła ją tuż przy korzeniach. Wzięła garść ziemi i przysypała pozostałości w celu zatarcia śladów. Nie sądziła, że to konieczne, ale uznała, że nie zaszkodzi. Zrobiła tak ze wszystkim innym, co ucięła. Wkrótce miała dosyć pokaźną ilość trawy. Wpełzła do dębu i porozkładała ją równomiernie na ziemi, aby uchronić się przed zimnem. Wprawdzie trwała wiosna, ale noce potrafiły być mroźne. Była przestraszona, głodna i wyczerpana. Wyjęła z juki trzy sucharki wielkości otwartej dłoni i spałaszowała je. Znalazła koc i przykryła się nim, a otulona ciepłym materiałem szybko zasnęła.
Obudził ją szyderczy śmiech i głośne kpiny.
- Co, słodziutka, myślałaś, że cię nie znajdziemy, co? – Mówił ktoś ze śmiechem.
- Teraz jesteś nasza – wtórował ktoś inny.
- Wyłaź z tej dziury, mała kurwo – krzyknęli.
Nie miała żadnych szans. Była przerażona, jeszcze nigdy tak się nie bała. Nastawał ranek, słońce przezierało się przez gałęzie. Widziała ohydne gęby swoich oprawców, czuła tylko ich pot i zapach koni. Jej serce miało lada chwila wyrwać się z piersi
- Albo wyjdziesz dobrowolnie, albo sami cię stamtąd wyciągniemy. To drugie raczej nie będzie przyjemne – ostrzegł mężczyzna z bujnym zarostem na twarzy.
Wtedy Kaylee postanowiła grać na zwłokę. Każda sekunda mogła być na wagę złota.
- Czego ode mnie chcecie? – Zapytała z udawaną odwagą w głosie.
- Już ty dobrze wiesz, mała latawico. – Zadrwił młody chłopak z długimi włosami.
- Nie wiem – powiedziała cicho, ale tak, żeby ją słyszeli.
- Dobrze wiesz, ty szmato, a teraz wyłaź stamtąd! – krzyknął ten z brodą. – Nie mamy czasu na te twoje cholerne gierki! Nie po tropiliśmy cię pół nocy, żeby teraz na kolanach cię błagać, żebyś z nami poszła! Myślałaś, że z nami wygrasz? Ha! Do tej pory jeszcze nikomu się to nie udało. Co prawda, to prawda- było nam ciężko, ale jak widzisz- było warto.
Kaylee pochwyciła miecz, a juki po cichutku schowała pod koc. Nie pójdzie tam z własnej woli. Będzie walczyć.
- Ostrzegam cię po raz ostatni. Wyjdź.
Kaylee wychyliła głowę. Trzech.
- Olgierd, daj mi ją, nie mam czasu.
Wysoki mężczyzna o blond włosach skierował się w stronę Kaylee. Wyciągnął dłoń z toporem, aby uciąć gałęzie, za którymi stała. Dziewczyna zamachnęła się mieczem i upuściła go w dół. Olgierd krzyknął, a ręka z toporem wylądowała tuż pod jej nogami. Mężczyzna upadł na ziemię, próbując zatrzymać krwotok. Kaylee, nie tracąc czasu, wyskoczyła z drzewa i pognała w stronę najbliższego wierzchowca. Po jej prawej widziała dwójkę biegnącą w jej stronę. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, wskoczy na konia i odjedzie. Przeskoczyła konar leżący przed nią, jednocześnie wyciągając z buta sztylet. Pognała przed siebie. Kilka kroków dalej leżał duży kamień. Odbiła się od niego i wskoczyła na stojącego za nim konia. Był przywiązany do drzewa. Kaylee szybko odcięła liny mieczem i schowała sztylet do buta, popędzając wierzchowca. Słyszała za sobą krzyki mężczyzn i stukot. Pędzili tuż za nią. Koń nie był osiodłany, więc jazda była dość trudna, jednak dziewczyna wiedziała, że to nic w porównaniu z tym, co hrabia uczyniłby jej na zamku, gdyby pozwoliła się dopaść. Strzały świszczały jej koło głowy, przed jedną uchyliła się w ostatniej chwili. Przed drugą nie zdołała. Trafiła ją w prawą łydkę. Dziewczyna krzyknęła z bólu i zacisnęła zęby. Jej oczy pałały gniewem.
Nie wiedziała, dokąd jedzie. Las migał jej przed oczami. Co rusz popędzała konia, chcąc uciec jak najdalej. Ból pulsował w nodze, z każdym wybojem niemiłosiernie o sobie przypominając. Wiatr przecinał włosy dziewczyny, a słońce oświetlało szarą twarz. Nie podda się, bo nie może. Koń stanął dęba, a Kaylee spadła. To koniec.
Mężczyźni szybko ją dopadli, chwytając za włosy i targając po ziemi. Nie w ich zwyczaju była łaskawość. Zeskoczyli z koni, a dziewczynie z dłoni wypadł miecz.
- Ty szmato – wyszeptał ten z brodą, przyciskając usta do ucha Kaylee. – Wstań.
Ale nie mogła. Strzała tkwiła w jej nodze, a głowę rozsadzał ból spowodowany bezradnością.
- Kevin, pomóż mi ją podnieść.
Długowłosy chłopak złapał mnie za szyję, ciągnąc w górę. Krzyknęłam.
- Szefie, ona ma strzałę w nodze.
- Ty durniu, sam ją trafiłeś – krzyknął ten z brodą. – Tak daleko nie zajdzie. Wyjmij to cholerstwo z jej łydki i zwiąż ręce.
Chwyciłam się za nogę, dyskretnie sięgając po sztylet. Jeśli tak to się miało zakończyć, to nie chciałam, żeby było ich dwóch. Rękojeść tkwiła w mojej zakrwawionej dłoni, skutecznie zasłaniając wszystko. Kevin zbliżył się do mnie i chciał oderwać moje ręce od nogi, jednak nie chciałam mu na to pozwolić.
- Albo wyjmę tą strzałę, albo będziesz szła z tym paskudztwem aż do…
Nie dowiedziała się, dokąd. Ostrze utkwiło w jego tchawicy, wyzierając z ust ostatnie słowa. Oczy zapłonęły zdziwieniem, a ciało zwiotczało. Szef natychmiast ruszył w moją stronę.
- Durnie! Wszystko muszę robić sam! Dlaczego zawsz mi muszą przydzielać tych najgłupszych?!– Krzyknął w przestworza. – A ty – wskazał w moją stronę – pożałujesz tego. – Wysyczał.
Wyjął z kieszeni sznur i skrępował moje dłonie. Kawałkiem tkaniny zatkał mi usta. Dłonią chwycił za strzałę i bez żadnego ostrzeżenia pociągnął ją z całej siły, rozcinając moją łydkę na dwie części. Krzyczałam, nie mogąc wydusić z siebie żadnego słowa i machałam rękami, nie mogąc nimi ruszać. Z oczu pociekły mi łzy. Szef uśmiechnął się szyderczo.
- Nie myśl, że tu zostaniesz i pozwolę ci się wykrwawić, kochanieńka. Zabiłaś dwóch moich kompanów, suko. Pożałujesz.
Zdjął bawełnianą koszulę, którą miał na sobie, odciął naprędce rękawy i założył ją z powrotem, nakładając na nią brązową kamizelkę ze skóry. Materiałem, który uciął, szczelnie opasał mi nogę, powstrzymując krwawienie. Ruszył w stronę koni. Ten, na którym jechałam, już dawno uciekł, ale został rumak Kevina. Szef chwycił jego wodze i przyprowadził go do mnie.
- Wsiadaj – rozkazał.
Chwycił mnie pod pachy i pociągnął w górę. Z jego pomocą wczołgałam się na konia i chwyciłam za grzywę. Schylił się i podniósł z ziemi mój miecz. Podał mi go.
- Trzymaj i nie próbuj robić żadnych głupot. Będziesz cicho? – Zapytał spokojnie.
Pokiwałam głową. Wyjął z moich ust materiał, rzucił nim o ziemię i wsiadł na swojego konia, po drodze chwytając wodze mojego. Jechaliśmy kłusem drogą, którą wcześniej próbowałam uciec. Słońce było w zenicie, a las pachniał zielenią. Rześkie powietrze sprawiało, że jazda była przyjemniejsza. Jednak wzrok odmawiał mi posłuszeństwa, serce tłukło się w piersi, a oddech przyspieszał. Materiał, którym opasana była moja noga, już dawno przesiąkł lepką krwią, która niedługo miała zakrzepnąć. Zaciskałam oczy przy każdym wyboju, mocno ściskając grzywę konia i próbując nie stracić przytomności.
- Złaź – rozkazał szef.
Co się dzieje? Nawet nie zauważyłam, kiedy wróciliśmy na miejsce, w którym spędziłam poprzednią noc. Ale po co wróciliśmy? Z trudem zsunęłam się z konia, dotykając lewą stopą gołej połaci ziemi. Musiałam opierać się o rumaka, żeby nie zemdleć. Spod półprzymkniętych powiek niewiele widziałam, obraz był zamazany i niewyraźny. Usiadłam na podłożu, chwytając za nogę.
- Co masz w tej swojej dziurze, maleńka? – Zapytał szef.
Upłynęła wieczność, zanim rozróżniłam poszczególne słowa i zrozumiałam, że pytanie było skierowane do mnie. A wieczność to zbyt długo. Mężczyzna podszedł i rąbnął mnie pięścią w twarz. Uderzyłam o ziemię, ból wzmagał się z każdym oddechem, a głowę rozsadzało poczucie bezradności. Szef złapał mnie za włosy i przyciągnął do siebie.
- Kiedy pytam, malutka, to masz odpowiadać. Rozumiesz? – Dla zaakcentowania ważności tego pytania mocniej chwycił mnie za włosy. – Rozumiesz? – Wysyczał, uważnie patrząc mi w oczy.
- Tak – wyszeptałam.
- Więc – zaczął – co masz w tej dziurze?
- Je… Jedzenie. – Odpowiedziałam ze wzrokiem utkwionym w jego butach.
            Każde słowo wymagało zużycia niewyobrażalnej ilości energii, a każdy oddech kłuł w płuca.
            - Przekonamy się.
            Szef wstał, chwytając swój miecz i kierując się w stronę mojej kryjówki. Jedno cięcie, a krzew leżał bezradny obok drzewa. Mężczyzna wyrzucił koc ze schronienia, wziął juki i wyszedł. Otworzył je i z ochotą wyciągnął chleb. Przekroił go na pół i spałaszował własną część. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo jestem głodna i kiedy ostatni raz miałam coś w ustach. Półprzytomna skierowałam wzrok w stronę chleba. W tamtym momencie wyglądał jak największy przysmak, jaki ludzkość kiedykolwiek wymyśliła. Oblizała usta, myśląc, że może chociaż to mi pomoże.
            - Swoją drogą – zaczął mężczyzna – to dobrze, że cię złapałem. – Przełknął ślinę i kontynuował swój wywód. – Nasze zapasy zaczynały się kończyć, a z tym, co tutaj masz, z łatwością dojedziemy do hrabstwa. Koniec końców uratowałaś nas. – Rozejrzał się dookoła i zaśmiał sam do siebie. – W sumie to mnie. Tamci to głupcy, może nawet lepiej, że ich załatwiłaś.
            Wstał i podszedł do mnie z połówką chleba w dłoni.
            - Jedz.
            Włożył mi do zakrwawionych rąk jedzenie. Popatrzyłam na nie z ulgą i ugryzłam kawałek. Przynajmniej nie umrę z głodu. Chwilę później zdałam sobie sprawę z tego, że nieważne jak bardzo jestem głodna, każdy kęs sprawia ból. Więcej nie byłam w stanie przełknąć, więc z rezygnacją trzymałam chleb w dłoniach.
- Jedz, bo umrzesz z głodu – ostrzegł mężczyzna. – Żryj, suko. – Dodał, kiedy nic nie zrobiłam.
Szczęka pulsowała od poprzedniego starcia z pięścią szefa. Do tego pragnienie wygrywało z głodem, bezlitośnie błagając o chociażby łyk wody. Jednak chleb zniknął w mgnieniu oka.
            - Zbieraj się – oznajmił mężczyzna. – Jedziemy nad rzekę.
            Przyjęłam tą informację z ulgą. Szef podniósł się z klęczek i podszedł do drzewa, na którym wisiały siodła i różnego rodzaju plecaki. Szybko otworzył je i przeszukał zawartość. Poza pustymi bukłakami na wodę były tam tylko kostki cukru i sznur. Mężczyzna pochwycił cukier i dał koniom. Ja natomiast pospiesznie wstałam, kulejąc i, wspomagając się konarem drzewa, wsiadłam na konia. Szef przymocował juki z jedzeniem do mojego siodła i założył mi jeden z plecaków na ramiona. Nie ważył wiele. Sam zaś wskoczył na rumaka i pochwycił wodze mojego. Wolno ruszyliśmy przed siebie, z każdym minionym drzewem przyspieszając.
Trzymałam miecz w jednej ręce, drugą zaś ściskałam grzywę konia, aby nie upaść. Las pachniał świeżością, a słońce oświetlało ten piękny widok. Gdzieś pomiędzy krzakami samotny pająk wił srebrzystą pajęczynę, a kolorowe żuki wyzłacały połać zieleni. Ptaki zaś wygwizdywały skomplikowane melodie, urozmaicając nudną drogę i umilając czas wszystkim zgromadzonym. Promienie słoneczne przezierały się przez korony drzew, oświetlając nam drogę, której fizycznie nie było. W pewnym momencie zmrużyłam oczy i chyba zasnęłam. Straciłam wiele krwi, nie było w tym nic dziwnego. Kiedy się ocknęłam, szef zeskakiwał z konia, wbijając w powietrze tumany kurzu.
- Chodź tu – zażądał.
Delikatnie zsunęłam się na ziemię i powłócząc nogami podeszłam do mężczyzny. Oparłam miecz o drzewo i spojrzałam w oczy szefowi.
- Jak masz na imię? – Zapytał, gładząc moje włosy. Odsunęłam się z obrzydzeniem, a kiedy to zauważył, złapał mój warkocz jeszcze mocniej. – Chyba, że wolisz, żebym mówił nadal suka.
- Linda – odparłam szeptem. Nie chciałam słyszeć mojego prawdziwego imienia w ustach tego drania. Nie był tego godzien, ja nie byłam tego godna. – Linda – dodałam nieco głośniej.
- Linda – zadumał się szef, pocierając czoło wierzchem dłoni. – Ładnie.
            Wyjął zza pasa mały nóż i przyłożył go do lin krępujących moje dłonie. Poczułam chłód ostrego metalu.
            - Pozwolę ci się obmyć. Mam nadzieję, że nie zrobisz nic głupiego, W takim stanie daleko nie uciekniesz, a zabicie mnie też nie zalicza się do czynów łatwych. Musisz wyprać te bandaże, którymi obwiązałem ci nogę, bo jeśli tego nie zrobisz, może wdać się zakażenie. Zakrzepła krew, która jest na całej łydce też nie jest najlepszym pomysłem. Poza tym masz brudne ręce i twarz. Przy mnie masz być czysta i zadbana, rozumiesz? – Zapytał tonem nieznoszącym sprzeciwu.
            W odpowiedzi pokiwałam głową, nie patrząc mu w oczy. Przeciął liny i odszedł rozsiodłać konie. Poczułam się wolna, ale wiedziałam, że to, co mi powiedział było prawdą. Zrezygnowana dokuśtykałam się brzegu, siadając na zielonej i miękkiej trawie. Delikatnie podciągnęłam spodnie i odkryłam czerwony materiał. Był przesiąknięty zakrzepła krwią, więc zrywanie tego paskudztwa od samego początku wydawało się głupotą. Z drugiej strony nie mogłam włożyć nogi do wody, bo mogłabym wywołać krwotok. Drogą dedukcji uznałam, że nie mam zbyt wielkiego wyboru, więc powolutku i delikatnie zaczęłam odrywać materiał od ciała. Czułam, jakby każdy ruch czy dotyk sprawiał, że w moje ciało wbijały się tysiące maleńkich igiełek bólu, które miały za zadanie powoli i skutecznie odbierać mi świadomość, a co za tym idzie, życie.
            Włożyłam tkaninę do chłodnej wody, która od razu zabarwiła się na czerwono. Powoli krwisty kolor ustępował, a na jego miejsce powracał szary odcień. Kiedy wyglądał dosyć dobrze, wyjęłam materiał z rzeki i wycisnęłam go porządnie. Ostatnie krople wody wróciły na swoje miejsce, odbijając promienie słoneczne. Zaczęłam delikatnie obmywać krew z mojej nogi. Stanowczo wymagała natychmiastowego szycia, które zatamowałoby krwotok i przyspieszyło gojenie. Z każdą minutą łydka była czystsza, jednak wcale nie wyglądała na zdrowszą. Rana szarpana ciągnęła się od kostki do kolana, sprawiając wrażenie, jak gdybym w ogóle nie miała nogi.
            Nagle mnie olśniło. Nie miałam siły, by wstać, ale szef mógłby mi pomóc… Ale jak się miałam do niego zwrócić?
- Jak masz na imię? – Zagadnęłam.
- Nic ci do tego – odparł ponuro. – Don Juan – dodał cicho.
- Czy mógłbyś podać mi juki? – Zapytałam nieśmiało, patrząc jak mężczyzna przywiązuje konie do drzewa. Słońce powoli chowało się za wysokimi górami, a jego odbicie falowało w tafli jeziora. – Proszę.
- Po co ci? – Warknął szef.
- W środku jest lecznicza maść. Dzięki temu szybciej…
            Nie dokończyłam, bo mężczyzna poszedł po juki. Wyjął z nich małą sakiewkę i rzucił w moją stronę. Zdumiałam się jego uprzejmością, ale nie rozmyślałam nad tym zbyt długo, bo miałam ważniejsze sprawy na głowie. Tkaninę przewiązałam pod kolanem, aby krew nie docierała do łydki i otworzyłam sakiewkę. Biało-zielona maź o bliżej nieokreślonej konsystencji wypełniała jej wnętrze. Maść pachniała ziołami i wyglądała dość dobrze. Wzięłam trochę dwoma palcami i delikatnie posmarowałam nią ranę jak najbliżej miejsca rozcięcia, uważając, aby nie dotknąć mięśni. Kiedy skończyłam, owinęłam nogę wilgotnym materiałem, a sakiewkę na powrót zamknęłam. Obmyłam spoconą twarz i ręce w chłodnej wodzie, zmywając z nich resztki kurzu i brudu. Rozpuściłam włosy i przeczesałam je mokrymi dłońmi, po czym spięłam je w koński ogon. Wycieńczona bólem osunęłam się na miękką trawę i, nie pytając o pozwolenie, zapadłam w błogi sen, przetykany tylko niespokojnym oddechem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz