III; droga jest długa
Tęskniąc za domem,
Kaylee wygrzebała się z dziury. Gorączkowo rozmyślała o beznadziejnym śnie i
swoich oprawcach, którzy byli nie wiadomo gdzie. Pragnęła wrócić do mamy i
zasnąć w jej ramionach tak, jak w dzieciństwie. Jednak nie było jej to dane.
Teraz musiała sobie radzić sama, dopóki nie znajdzie jakiegoś bezpiecznego
miasta, z którego będzie mogła wyruszyć w powrotną podróż do domu. Zacisnęła
oczy, wzięła kilka głębokich oddechów i poszła w las zabierając ze sobą juki.
Uważając, aby się nie zgubić dotarła do krzewów jeżyn. Czym prędzej zebrała jak
najwięcej dojrzałych okazów, podjadając sporą ilość przy pracy.
Chciała poszukać w
okolicy Yrvisów i ich nasion, ale obawiała się, że nieznany las ją pochłonie i
nie wróci z powrotem do kryjówki. Z drugiej strony Kaylee nie miała ze sobą
wody ani żadnych bukłaków. Zniechęcona poszukiwaniami wróciła do obozowiska.
Usiadła na kamieniu i zjadła jeżyny, po czym spałaszowała jabłko. Wytarła ręce
o liście rośliny rosnącej obok i wzięła wszystkie rzeczy z dębu. Dwie juki,
srebrny miecz i sztylet. Oto wszystko, co posiadała. I z tym właśnie musiała
przeżyć.
Ruszyła przed
siebie nie wiedząc, dokąd właściwie zmierza. Po dłuższych zastanowieniach uzna
al, że musi znaleźć rzekę. Po pierwsze chciała się umyć, a po drugie rzeka
zawsze prowadzi do ludzi. Idąc wzdłuż jej brzegów miała nadzieję dojść do
jakiegoś miasta. Problem w tym, że nie wiedziała, gdzie jest jakiekolwiek
źródło wody. Nie pamiętała drogi, którą wczoraj przebyła. Szła szybko i cicho,
ale było za ciemno, żeby zapamiętać szczegóły. Kaylee ruszyła więc dalej, nie
oglądając się za siebie. Ptaki śpiewały, a małe zwierzątka uciekały widząc
dziewczynę. Dla niej samej nie było to smutne, bo wiedziała, że nie są
przyzwyczajone do takich widoków. Las to oaza spokoju, a ona właśnie wdarła na
czyjś teren.
Po kilku godzinach
marszu nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Słońce świeciło nad głową Kaylee,
kiedy siadała na miękkiej trawie. Położyła juki w zasięgu ręki, a miecz przed
sobą. Chwyciła srebrną rękojeść prawą dłonią, a lewą podparła głownię.
Narzędzie nie było ciężkie, ale za to solidnie wykonane. Świeciło srebrem, choć
nie było zrobione z tego szlachetnego metalu.
Głowica była wielkości kciuka, chwyt idealnie pasujący do dłoni
dziewczyny. Na jeleniu wyżłobione były skomplikowane i niezrozumiałe wzory w
kolorze błękitu. Linie skręcały się, po czym prostowały, znacząc coraz to
nowsze trasy. Zdobiły całą rękojeść. Podczas walki nie było ich czuć, Kaylee
wierzyła raczej, że dodają jej jakiejś niebiańskiej siły.
Jeśli nie one, to
kto? Dziewczyna nie wierzyła w boga. A przynajmniej nie w tego, do którego
modlili się ludzie. Dryven narzucił wiarę wszystkim poddanym. Mieli oni oddawać
cześć Marnye. Bóg pokoju dzierżący w dłoni łuk z czerwonymi grotami, koloru
ludzkiej krwi. Kaylee nie mogła uwierzyć jak ktoś trzymający w ręku broń może
zaprowadzić pokój. To nie miało sensu, podobnie jak nadzieja na dyplomację
poprzez wojny. Gdzie tu logika? Dziewczyna wiedziała, że władca to władca, a
jego decyzja nie podlega żadnemu osądowi, ale nie zgadzała się z jego
przekonaniami. W dodatku hrabia sam wymyślił tego boga. Nigdy nikomu nie
powiedział, jak potwierdza jego obecność w świecie żywych, ale poddanym kazał
składać ofiary w postaci upuszczania krwi. Każda kobieta miała za zadanie raz w
miesiącu przynieść kubek krwi, mężczyzna półtora kubka, a dzieci powyżej
siódmego roku życia pół. W dniu Zbieraniny Kapłani Marnye stali na rynku z
beczką, a żołnierze naokoło ich. Podobnie jak podczas Sprawdzenia, do okręgu
wpuszczano jedną osobę, która na miejscu oddawała krew. Po tym zapisywano jej
imię oraz nazwisko na karcie i proszono następną osobę.
Uroczystości w
mieście wyglądały podobnie- Sprawdzenia, oddawanie krwi i inne. Żołnierze stali
okręgiem, pośrodku którego byli Kapłani lub inne ważne osoby. Składanie ofiary
dla Marnye nie miało oparcia politycznego. Władca powiedział, że ma tak być-
więc tak właśnie było. Krew ludzi miała być napojem dla strzał. Bóg wkładał ich
groty do beczki z lepką cieczą, dzięki czemu nigdy nie chybiał. Strzelcem był
wręcz wybornym. Godził tylko ludzi nieuczciwych, jego założeniem było
wyeliminowanie zła z tego świata. Jak? Gdyby nie było zła ludzie nie
potrafiliby docenić dobra, w wyniku czego zło powróciłoby ze zdwojoną siłą, przyciągając
do siebie wszystko, co żywe. Bóg wojny nie mógł zaprowadzić pokoju.
Kaylee modliła się
do aniołów. Nie wiedziała, czy istnieją, bo nikt jej o nich nie mówił. Prócz
mamy. Ona zawsze opowiadała o niebiańskich istotach zstępujących na ziemię. Od
zawsze wierzyła, że kiedyś zostanie aniołem, że będzie mogła latać. Jako
dziecko Kaylee widywała uśmiechnięte twarze i biegła w ich stronę w pośpiechu.
Dorośli mówili, że to niestosowne, że nikt taki nie istnieje, że jest tylko
Marnye. Kaylee nie przestała wierzyć w anioły, przez co przypłaciła kimś
najważniejszym na świecie. Mamą. Nie umarła, dziewczyna wiedziała, że nie
umarła, nie mogła. Zniknęła. Kaylee wstała rano, a jej nie było. Tata nic nie
wiedział, brat też nie. Szukali jej tygodniami- w lesie, nad rzeką, w
okolicznych miastach, u przyjaciół, u rodziny, w sklepach, w karczmach-
wszędzie. Zniknęła. Kochali ją wszyscy, a nie znalazł jej nikt.
Kaylee wierzyła, że
mama jest gdzieś tam, daleko w świecie. Albo w niebie razem z niebiańskimi
istotami. I że wróci. Bo musi wrócić.
Dziewczyna często
wyczuwała obecność aniołów. Czuła ich delikatny oddech, dzięki któremu
przestawała się bać. Biegła w stronę delikatnego światełka, które w ciemne dni
wskazywało jej drogę. Widywała białe pióra, które pojawiały się po zrobieniu
czegoś dobrego. Kaylee wiedziała, że mama daje jej znaki. To nieważne, że
prawdopodobnie została porwana. Nikt nie wiedział przez kogo, bo mama
dziewczyny nie miała wrogów. Kaylee czasem tęskniła za mamą. Wtedy modliła się
do aniołów, aby dały jej jakiś znak, który świadczyłby o tym, że jej mama
gdzieś jest. Oczywiście nie zawsze otrzymywała to, co chciała, ale czasami się
udawało.
Kaylee śniła o
niebie. Nie chodziło o miejsce, do
którego Ida ludzie po śmierci. Chodziło o to niebo u góry. O chmury, o wiatr.
Chodziło o wolność. Ludzie byli ograniczeni pod wpływami Dryvena. Nie mogli
mieć własnego zdania, wszystko było z góry ustalone. Za nieprzestrzeganie
kodeksu groziły okropne kary. Najgorszą z nich były tortury. Nie pozwalali człowiekowi
umrzeć. Patrzyli na jego ból, napawając się każdą sekundą krzyku i płaczu.
Zostali do tego stworzeni. Wychowano ich na barbarzyńców, zdolnych tylko do
zabijania.
Dziewczyna
pomyślała o swoim śnie. Praktycznie poznała swoich oprawców. Don Juan był
jednym z najwyższych przedstawicieli ludzi, którzy wymordowali ogromną liczbę
niewinnych mieszkańców Tyrreny. Dryven kazał im kogoś zabić albo przyprowadzić
do siebie- robili to ze ślepą posłusznością w oczach. Po drodze zabawiali się
to osobą nie zawsze tak, jak powinni. Nie obchodziły ich ludzkie potrzeby-
robili to, do czego ich zmuszono, co im polecono. Zawsze.
Bordowa rękawica.
Tak ich zwali. Podczas tortur zakładali właśnie bordowe rękawice. Nie było na
nich widać krwi, którą upuszczali z ludzi. Czerwień maskowała jej kolor. Nie
chcieli mieć brudnych rąk. Rękawice były rodzajem czystości. Jakiejś okropnie
brudnej czystości. Mordercy nie zmyją z siebie winy nigdy. Nie ważne, czy będą
żałować, czy nie. A już na pewno nie oni. Oni nie żałują. Oni zabijają.
Kaylee bawiła się z
dziećmi, kiedy ujrzała coś dziwnego w odległości kilkadziesięci jej malutkich
kroków. Oddaliła się od koleżanek. Śmiechy powoli cichły, zastępowane
przyjemnym szumieniem drzew w sadzie.
- Kim jesteś? –
Zapytałam widząc niewyraźną twarz pomiędzy drzewami.
- Twoją przyszłością – odpowiedział nieznajomy
miłym głosem, uśmiechając się.
- Ale jak?
- A więc wyobraź sobie, że kiedyś… - Powiedział i
zniknął.
Mała Kaylee
pobiegła do domu.
- Mamo, widziałam
kogoś!
- Kogo, kochanie? – Uśmiechnęła się serdecznie, a
ja wskoczyłam w jej objęcia.
- Nie wiem, mamo. Nie pokazał mi się – dodałam urażona,
robiąc smutną minę.
Mama wzniosła oczy
ku niebu, przytulając mnie mocniej.
- Zobaczysz go
jeszcze nieraz, maleńka. Nie przejmuj się. – Przeczesała moje włosy palcami. - A
teraz wracaj, koledzy na ciebie czekają. – Pobiegłam w podskokach na podwórko,
potykając się o własne nogi.
Mama została w
domu, szyjąc koszulę dla taty. Nie przestawała się uśmiechać.
Gwałtownie
otworzyłam oczy, nabierając powietrze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz