18 lutego 2015

rozdział 3

III; droga jest długa
Tęskniąc za domem, Kaylee wygrzebała się z dziury. Gorączkowo rozmyślała o beznadziejnym śnie i swoich oprawcach, którzy byli nie wiadomo gdzie. Pragnęła wrócić do mamy i zasnąć w jej ramionach tak, jak w dzieciństwie. Jednak nie było jej to dane. Teraz musiała sobie radzić sama, dopóki nie znajdzie jakiegoś bezpiecznego miasta, z którego będzie mogła wyruszyć w powrotną podróż do domu. Zacisnęła oczy, wzięła kilka głębokich oddechów i poszła w las zabierając ze sobą juki. Uważając, aby się nie zgubić dotarła do krzewów jeżyn. Czym prędzej zebrała jak najwięcej dojrzałych okazów, podjadając sporą ilość przy pracy.
Chciała poszukać w okolicy Yrvisów i ich nasion, ale obawiała się, że nieznany las ją pochłonie i nie wróci z powrotem do kryjówki. Z drugiej strony Kaylee nie miała ze sobą wody ani żadnych bukłaków. Zniechęcona poszukiwaniami wróciła do obozowiska. Usiadła na kamieniu i zjadła jeżyny, po czym spałaszowała jabłko. Wytarła ręce o liście rośliny rosnącej obok i wzięła wszystkie rzeczy z dębu. Dwie juki, srebrny miecz i sztylet. Oto wszystko, co posiadała. I z tym właśnie musiała przeżyć.
Ruszyła przed siebie nie wiedząc, dokąd właściwie zmierza. Po dłuższych zastanowieniach uzna al, że musi znaleźć rzekę. Po pierwsze chciała się umyć, a po drugie rzeka zawsze prowadzi do ludzi. Idąc wzdłuż jej brzegów miała nadzieję dojść do jakiegoś miasta. Problem w tym, że nie wiedziała, gdzie jest jakiekolwiek źródło wody. Nie pamiętała drogi, którą wczoraj przebyła. Szła szybko i cicho, ale było za ciemno, żeby zapamiętać szczegóły. Kaylee ruszyła więc dalej, nie oglądając się za siebie. Ptaki śpiewały, a małe zwierzątka uciekały widząc dziewczynę. Dla niej samej nie było to smutne, bo wiedziała, że nie są przyzwyczajone do takich widoków. Las to oaza spokoju, a ona właśnie wdarła na czyjś teren.
Po kilku godzinach marszu nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Słońce świeciło nad głową Kaylee, kiedy siadała na miękkiej trawie. Położyła juki w zasięgu ręki, a miecz przed sobą. Chwyciła srebrną rękojeść prawą dłonią, a lewą podparła głownię. Narzędzie nie było ciężkie, ale za to solidnie wykonane. Świeciło srebrem, choć nie było zrobione z tego szlachetnego metalu.  Głowica była wielkości kciuka, chwyt idealnie pasujący do dłoni dziewczyny. Na jeleniu wyżłobione były skomplikowane i niezrozumiałe wzory w kolorze błękitu. Linie skręcały się, po czym prostowały, znacząc coraz to nowsze trasy. Zdobiły całą rękojeść. Podczas walki nie było ich czuć, Kaylee wierzyła raczej, że dodają jej jakiejś niebiańskiej siły.
Jeśli nie one, to kto? Dziewczyna nie wierzyła w boga. A przynajmniej nie w tego, do którego modlili się ludzie. Dryven narzucił wiarę wszystkim poddanym. Mieli oni oddawać cześć Marnye. Bóg pokoju dzierżący w dłoni łuk z czerwonymi grotami, koloru ludzkiej krwi. Kaylee nie mogła uwierzyć jak ktoś trzymający w ręku broń może zaprowadzić pokój. To nie miało sensu, podobnie jak nadzieja na dyplomację poprzez wojny. Gdzie tu logika? Dziewczyna wiedziała, że władca to władca, a jego decyzja nie podlega żadnemu osądowi, ale nie zgadzała się z jego przekonaniami. W dodatku hrabia sam wymyślił tego boga. Nigdy nikomu nie powiedział, jak potwierdza jego obecność w świecie żywych, ale poddanym kazał składać ofiary w postaci upuszczania krwi. Każda kobieta miała za zadanie raz w miesiącu przynieść kubek krwi, mężczyzna półtora kubka, a dzieci powyżej siódmego roku życia pół. W dniu Zbieraniny Kapłani Marnye stali na rynku z beczką, a żołnierze naokoło ich. Podobnie jak podczas Sprawdzenia, do okręgu wpuszczano jedną osobę, która na miejscu oddawała krew. Po tym zapisywano jej imię oraz nazwisko na karcie i proszono następną osobę.
Uroczystości w mieście wyglądały podobnie- Sprawdzenia, oddawanie krwi i inne. Żołnierze stali okręgiem, pośrodku którego byli Kapłani lub inne ważne osoby. Składanie ofiary dla Marnye nie miało oparcia politycznego. Władca powiedział, że ma tak być- więc tak właśnie było. Krew ludzi miała być napojem dla strzał. Bóg wkładał ich groty do beczki z lepką cieczą, dzięki czemu nigdy nie chybiał. Strzelcem był wręcz wybornym. Godził tylko ludzi nieuczciwych, jego założeniem było wyeliminowanie zła z tego świata. Jak? Gdyby nie było zła ludzie nie potrafiliby docenić dobra, w wyniku czego zło powróciłoby ze zdwojoną siłą, przyciągając do siebie wszystko, co żywe. Bóg wojny nie mógł zaprowadzić pokoju.
Kaylee modliła się do aniołów. Nie wiedziała, czy istnieją, bo nikt jej o nich nie mówił. Prócz mamy. Ona zawsze opowiadała o niebiańskich istotach zstępujących na ziemię. Od zawsze wierzyła, że kiedyś zostanie aniołem, że będzie mogła latać. Jako dziecko Kaylee widywała uśmiechnięte twarze i biegła w ich stronę w pośpiechu. Dorośli mówili, że to niestosowne, że nikt taki nie istnieje, że jest tylko Marnye. Kaylee nie przestała wierzyć w anioły, przez co przypłaciła kimś najważniejszym na świecie. Mamą. Nie umarła, dziewczyna wiedziała, że nie umarła, nie mogła. Zniknęła. Kaylee wstała rano, a jej nie było. Tata nic nie wiedział, brat też nie. Szukali jej tygodniami- w lesie, nad rzeką, w okolicznych miastach, u przyjaciół, u rodziny, w sklepach, w karczmach- wszędzie. Zniknęła. Kochali ją wszyscy, a nie znalazł jej nikt.
Kaylee wierzyła, że mama jest gdzieś tam, daleko w świecie. Albo w niebie razem z niebiańskimi istotami. I że wróci. Bo musi wrócić.
Dziewczyna często wyczuwała obecność aniołów. Czuła ich delikatny oddech, dzięki któremu przestawała się bać. Biegła w stronę delikatnego światełka, które w ciemne dni wskazywało jej drogę. Widywała białe pióra, które pojawiały się po zrobieniu czegoś dobrego. Kaylee wiedziała, że mama daje jej znaki. To nieważne, że prawdopodobnie została porwana. Nikt nie wiedział przez kogo, bo mama dziewczyny nie miała wrogów. Kaylee czasem tęskniła za mamą. Wtedy modliła się do aniołów, aby dały jej jakiś znak, który świadczyłby o tym, że jej mama gdzieś jest. Oczywiście nie zawsze otrzymywała to, co chciała, ale czasami się udawało.
Kaylee śniła o niebie. Nie chodziło o miejsce,  do którego Ida ludzie po śmierci. Chodziło o to niebo u góry. O chmury, o wiatr. Chodziło o wolność. Ludzie byli ograniczeni pod wpływami Dryvena. Nie mogli mieć własnego zdania, wszystko było z góry ustalone. Za nieprzestrzeganie kodeksu groziły okropne kary. Najgorszą z nich były tortury. Nie pozwalali człowiekowi umrzeć. Patrzyli na jego ból, napawając się każdą sekundą krzyku i płaczu. Zostali do tego stworzeni. Wychowano ich na barbarzyńców, zdolnych tylko do zabijania.
Dziewczyna pomyślała o swoim śnie. Praktycznie poznała swoich oprawców. Don Juan był jednym z najwyższych przedstawicieli ludzi, którzy wymordowali ogromną liczbę niewinnych mieszkańców Tyrreny. Dryven kazał im kogoś zabić albo przyprowadzić do siebie- robili to ze ślepą posłusznością w oczach. Po drodze zabawiali się to osobą nie zawsze tak, jak powinni. Nie obchodziły ich ludzkie potrzeby- robili to, do czego ich zmuszono, co im polecono. Zawsze.
Bordowa rękawica. Tak ich zwali. Podczas tortur zakładali właśnie bordowe rękawice. Nie było na nich widać krwi, którą upuszczali z ludzi. Czerwień maskowała jej kolor. Nie chcieli mieć brudnych rąk. Rękawice były rodzajem czystości. Jakiejś okropnie brudnej czystości. Mordercy nie zmyją z siebie winy nigdy. Nie ważne, czy będą żałować, czy nie. A już na pewno nie oni. Oni nie żałują. Oni zabijają.
Kaylee bawiła się z dziećmi, kiedy ujrzała coś dziwnego w odległości kilkadziesięci jej malutkich kroków. Oddaliła się od koleżanek. Śmiechy powoli cichły, zastępowane przyjemnym szumieniem drzew w sadzie.
- Kim jesteś? – Zapytałam widząc niewyraźną twarz pomiędzy drzewami.
- Twoją przyszłością – odpowiedział nieznajomy miłym głosem, uśmiechając się.
- Ale jak?
- A więc wyobraź sobie, że kiedyś… - Powiedział i zniknął.
Mała Kaylee pobiegła do domu.
- Mamo, widziałam kogoś!
- Kogo, kochanie? – Uśmiechnęła się serdecznie, a ja wskoczyłam w jej objęcia.
- Nie wiem, mamo. Nie pokazał mi się – dodałam urażona, robiąc smutną minę.
Mama wzniosła oczy ku niebu, przytulając mnie mocniej.
- Zobaczysz go jeszcze nieraz, maleńka. Nie przejmuj się. – Przeczesała moje włosy palcami. - A teraz wracaj, koledzy na ciebie czekają. – Pobiegłam w podskokach na podwórko, potykając się o własne nogi.
Mama została w domu, szyjąc koszulę dla taty. Nie przestawała się uśmiechać.

Gwałtownie otworzyłam oczy, nabierając powietrze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz