18 lutego 2015

rozdział 3

III; droga jest długa
Tęskniąc za domem, Kaylee wygrzebała się z dziury. Gorączkowo rozmyślała o beznadziejnym śnie i swoich oprawcach, którzy byli nie wiadomo gdzie. Pragnęła wrócić do mamy i zasnąć w jej ramionach tak, jak w dzieciństwie. Jednak nie było jej to dane. Teraz musiała sobie radzić sama, dopóki nie znajdzie jakiegoś bezpiecznego miasta, z którego będzie mogła wyruszyć w powrotną podróż do domu. Zacisnęła oczy, wzięła kilka głębokich oddechów i poszła w las zabierając ze sobą juki. Uważając, aby się nie zgubić dotarła do krzewów jeżyn. Czym prędzej zebrała jak najwięcej dojrzałych okazów, podjadając sporą ilość przy pracy.
Chciała poszukać w okolicy Yrvisów i ich nasion, ale obawiała się, że nieznany las ją pochłonie i nie wróci z powrotem do kryjówki. Z drugiej strony Kaylee nie miała ze sobą wody ani żadnych bukłaków. Zniechęcona poszukiwaniami wróciła do obozowiska. Usiadła na kamieniu i zjadła jeżyny, po czym spałaszowała jabłko. Wytarła ręce o liście rośliny rosnącej obok i wzięła wszystkie rzeczy z dębu. Dwie juki, srebrny miecz i sztylet. Oto wszystko, co posiadała. I z tym właśnie musiała przeżyć.
Ruszyła przed siebie nie wiedząc, dokąd właściwie zmierza. Po dłuższych zastanowieniach uzna al, że musi znaleźć rzekę. Po pierwsze chciała się umyć, a po drugie rzeka zawsze prowadzi do ludzi. Idąc wzdłuż jej brzegów miała nadzieję dojść do jakiegoś miasta. Problem w tym, że nie wiedziała, gdzie jest jakiekolwiek źródło wody. Nie pamiętała drogi, którą wczoraj przebyła. Szła szybko i cicho, ale było za ciemno, żeby zapamiętać szczegóły. Kaylee ruszyła więc dalej, nie oglądając się za siebie. Ptaki śpiewały, a małe zwierzątka uciekały widząc dziewczynę. Dla niej samej nie było to smutne, bo wiedziała, że nie są przyzwyczajone do takich widoków. Las to oaza spokoju, a ona właśnie wdarła na czyjś teren.
Po kilku godzinach marszu nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Słońce świeciło nad głową Kaylee, kiedy siadała na miękkiej trawie. Położyła juki w zasięgu ręki, a miecz przed sobą. Chwyciła srebrną rękojeść prawą dłonią, a lewą podparła głownię. Narzędzie nie było ciężkie, ale za to solidnie wykonane. Świeciło srebrem, choć nie było zrobione z tego szlachetnego metalu.  Głowica była wielkości kciuka, chwyt idealnie pasujący do dłoni dziewczyny. Na jeleniu wyżłobione były skomplikowane i niezrozumiałe wzory w kolorze błękitu. Linie skręcały się, po czym prostowały, znacząc coraz to nowsze trasy. Zdobiły całą rękojeść. Podczas walki nie było ich czuć, Kaylee wierzyła raczej, że dodają jej jakiejś niebiańskiej siły.
Jeśli nie one, to kto? Dziewczyna nie wierzyła w boga. A przynajmniej nie w tego, do którego modlili się ludzie. Dryven narzucił wiarę wszystkim poddanym. Mieli oni oddawać cześć Marnye. Bóg pokoju dzierżący w dłoni łuk z czerwonymi grotami, koloru ludzkiej krwi. Kaylee nie mogła uwierzyć jak ktoś trzymający w ręku broń może zaprowadzić pokój. To nie miało sensu, podobnie jak nadzieja na dyplomację poprzez wojny. Gdzie tu logika? Dziewczyna wiedziała, że władca to władca, a jego decyzja nie podlega żadnemu osądowi, ale nie zgadzała się z jego przekonaniami. W dodatku hrabia sam wymyślił tego boga. Nigdy nikomu nie powiedział, jak potwierdza jego obecność w świecie żywych, ale poddanym kazał składać ofiary w postaci upuszczania krwi. Każda kobieta miała za zadanie raz w miesiącu przynieść kubek krwi, mężczyzna półtora kubka, a dzieci powyżej siódmego roku życia pół. W dniu Zbieraniny Kapłani Marnye stali na rynku z beczką, a żołnierze naokoło ich. Podobnie jak podczas Sprawdzenia, do okręgu wpuszczano jedną osobę, która na miejscu oddawała krew. Po tym zapisywano jej imię oraz nazwisko na karcie i proszono następną osobę.
Uroczystości w mieście wyglądały podobnie- Sprawdzenia, oddawanie krwi i inne. Żołnierze stali okręgiem, pośrodku którego byli Kapłani lub inne ważne osoby. Składanie ofiary dla Marnye nie miało oparcia politycznego. Władca powiedział, że ma tak być- więc tak właśnie było. Krew ludzi miała być napojem dla strzał. Bóg wkładał ich groty do beczki z lepką cieczą, dzięki czemu nigdy nie chybiał. Strzelcem był wręcz wybornym. Godził tylko ludzi nieuczciwych, jego założeniem było wyeliminowanie zła z tego świata. Jak? Gdyby nie było zła ludzie nie potrafiliby docenić dobra, w wyniku czego zło powróciłoby ze zdwojoną siłą, przyciągając do siebie wszystko, co żywe. Bóg wojny nie mógł zaprowadzić pokoju.
Kaylee modliła się do aniołów. Nie wiedziała, czy istnieją, bo nikt jej o nich nie mówił. Prócz mamy. Ona zawsze opowiadała o niebiańskich istotach zstępujących na ziemię. Od zawsze wierzyła, że kiedyś zostanie aniołem, że będzie mogła latać. Jako dziecko Kaylee widywała uśmiechnięte twarze i biegła w ich stronę w pośpiechu. Dorośli mówili, że to niestosowne, że nikt taki nie istnieje, że jest tylko Marnye. Kaylee nie przestała wierzyć w anioły, przez co przypłaciła kimś najważniejszym na świecie. Mamą. Nie umarła, dziewczyna wiedziała, że nie umarła, nie mogła. Zniknęła. Kaylee wstała rano, a jej nie było. Tata nic nie wiedział, brat też nie. Szukali jej tygodniami- w lesie, nad rzeką, w okolicznych miastach, u przyjaciół, u rodziny, w sklepach, w karczmach- wszędzie. Zniknęła. Kochali ją wszyscy, a nie znalazł jej nikt.
Kaylee wierzyła, że mama jest gdzieś tam, daleko w świecie. Albo w niebie razem z niebiańskimi istotami. I że wróci. Bo musi wrócić.
Dziewczyna często wyczuwała obecność aniołów. Czuła ich delikatny oddech, dzięki któremu przestawała się bać. Biegła w stronę delikatnego światełka, które w ciemne dni wskazywało jej drogę. Widywała białe pióra, które pojawiały się po zrobieniu czegoś dobrego. Kaylee wiedziała, że mama daje jej znaki. To nieważne, że prawdopodobnie została porwana. Nikt nie wiedział przez kogo, bo mama dziewczyny nie miała wrogów. Kaylee czasem tęskniła za mamą. Wtedy modliła się do aniołów, aby dały jej jakiś znak, który świadczyłby o tym, że jej mama gdzieś jest. Oczywiście nie zawsze otrzymywała to, co chciała, ale czasami się udawało.
Kaylee śniła o niebie. Nie chodziło o miejsce,  do którego Ida ludzie po śmierci. Chodziło o to niebo u góry. O chmury, o wiatr. Chodziło o wolność. Ludzie byli ograniczeni pod wpływami Dryvena. Nie mogli mieć własnego zdania, wszystko było z góry ustalone. Za nieprzestrzeganie kodeksu groziły okropne kary. Najgorszą z nich były tortury. Nie pozwalali człowiekowi umrzeć. Patrzyli na jego ból, napawając się każdą sekundą krzyku i płaczu. Zostali do tego stworzeni. Wychowano ich na barbarzyńców, zdolnych tylko do zabijania.
Dziewczyna pomyślała o swoim śnie. Praktycznie poznała swoich oprawców. Don Juan był jednym z najwyższych przedstawicieli ludzi, którzy wymordowali ogromną liczbę niewinnych mieszkańców Tyrreny. Dryven kazał im kogoś zabić albo przyprowadzić do siebie- robili to ze ślepą posłusznością w oczach. Po drodze zabawiali się to osobą nie zawsze tak, jak powinni. Nie obchodziły ich ludzkie potrzeby- robili to, do czego ich zmuszono, co im polecono. Zawsze.
Bordowa rękawica. Tak ich zwali. Podczas tortur zakładali właśnie bordowe rękawice. Nie było na nich widać krwi, którą upuszczali z ludzi. Czerwień maskowała jej kolor. Nie chcieli mieć brudnych rąk. Rękawice były rodzajem czystości. Jakiejś okropnie brudnej czystości. Mordercy nie zmyją z siebie winy nigdy. Nie ważne, czy będą żałować, czy nie. A już na pewno nie oni. Oni nie żałują. Oni zabijają.
Kaylee bawiła się z dziećmi, kiedy ujrzała coś dziwnego w odległości kilkadziesięci jej malutkich kroków. Oddaliła się od koleżanek. Śmiechy powoli cichły, zastępowane przyjemnym szumieniem drzew w sadzie.
- Kim jesteś? – Zapytałam widząc niewyraźną twarz pomiędzy drzewami.
- Twoją przyszłością – odpowiedział nieznajomy miłym głosem, uśmiechając się.
- Ale jak?
- A więc wyobraź sobie, że kiedyś… - Powiedział i zniknął.
Mała Kaylee pobiegła do domu.
- Mamo, widziałam kogoś!
- Kogo, kochanie? – Uśmiechnęła się serdecznie, a ja wskoczyłam w jej objęcia.
- Nie wiem, mamo. Nie pokazał mi się – dodałam urażona, robiąc smutną minę.
Mama wzniosła oczy ku niebu, przytulając mnie mocniej.
- Zobaczysz go jeszcze nieraz, maleńka. Nie przejmuj się. – Przeczesała moje włosy palcami. - A teraz wracaj, koledzy na ciebie czekają. – Pobiegłam w podskokach na podwórko, potykając się o własne nogi.
Mama została w domu, szyjąc koszulę dla taty. Nie przestawała się uśmiechać.

Gwałtownie otworzyłam oczy, nabierając powietrze.

14 lutego 2015

rozdział 2


II; to nie bajka
Jak to zazwyczaj bywało, nie spałam długo. Kiedy szef się zorientował, że odpłynęłam, natychmiast mnie zbudził kopniakiem w brzuch. Zdezorientowana zaczęłam nerwowo chwytać powietrze, walcząc o każdy jego haust. Ręce przycisnęłam gdzieś na wysokości przepony, a oczy zacisnęłam.
- Kto ci pozwolił spać? – Zapytał szef.
- Nikt – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Nikt też pozwolić nie mógł, bo nikogo nie pytałam – dodałam, walcząc o każde słowo.
- Miałaś być grzeczna, Lindo, a ty co robisz? U mnie nie ma miejsca na dyskutowanie.
- To nie dyskusja – wychrypiałam z trudem.  – To prawda.
- Mam cię dość, suko.
Tym sposobem zarobiłam kolejny kopniak, tym razem na wysokości żeber. Oniemiała z bólu, zwinęłam się w kulkę i czekałam na rozwój wydarzeń. Mężczyzna podszedł do mnie i, chwytając za żebra, podniósł w górę.
- Musimy stąd jechać, kochana, bo to nie jest odpowiednie miejsce na nocleg. Na koń.
Wdrapałam się na wierzchowca. Szef związał mi dłonie sznurem i włożył do nich miecz. Chwycił wodze mojego konia i ruszyliśmy przed siebie. Słońce zachodziło, zalewając świat ostatnimi promykami.
- Wiesz jak daleko stąd jest hrabstwo?
- Nie – wyszeptałam.
- Dwa dni drogi. To nie tak długo. Za kilkadziesiąt godzin będziemy u hrabiego Dryvena, a ja nareszcie odbiorę swoją nagrodę.
            Chciałam zapytać jaką nagrodę, chciałam zapytać, dlaczego ja, chciałam wiedzieć wszystko, czego nie wiem. Pewnej nocy, kiedy jeszcze byłam w hrabstwie, obudziłam się roztrzęsiona. Coś kazało mi uciekać. Wyszłam na ulicę, nastawał poranek. Dzieci bawiły się na podwórkach, ktoś szlochał, dorośli zbierali się do pracy. Skręciłam za róg małego domostwa, w którym wynajmowałam pokoik i zauważyłam wojsko. Byłam nowa w mieście, więc nie wiedziałam, co mogło się tam dziać.
            - Ciszej! – Prawie krzyknęła kobieta, odciągając mnie w ciemny zaułek. - Dlaczego pytasz o takie rzeczy? Jesteś tutaj nowa, co? – Usłyszałam, kiedy chciałam się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. – To coroczne czystki. W innych prowincjach przecież także są, nie wiem, dlaczego pytasz, co się dzieje. – Kobieta owinęła szyję chustą, z niepokojem zerkając na prawo i lewo, upewniając się, że nikt nie idzie. – Wszyscy w wieku szesnastu lat muszą dotknąć kamienia Shedar. Jeśli są tak zwani ,,czyści’’ to kamień odciska na nich swoją pieczęć. – Kobieta podwinęła rękaw zielonej, lnianej sukni i pokazała nadgarstek. Błękitny  znak koła opasanego białą wstęgą zdobił ciało kobiety. - Jeśli taka pieczęć pojawi się na nadgarstku czystego, jest on puszczany wolno, a jeśli… Jeśli stanie się coś… Coś, co odbiega od normy… - Kobieta zamknęła oczy i mocniej złapała koszyk, który trzymała w ręce. – Nie wiem, moja miła. Nigdy nic dziwnego się nie stało, ale władze miasta nie chcą ryzykować. Nie mam pojęcia, do czego służy ten kamień i dlaczego jest taki ważny. Słyszałam tylko pogłoski, które mówią o nieziemskich, białych istotach, zstępujących na ziemię. To chyba nie ma ze sobą nic wspólnego, ale powtarzam tylko to, co słyszałam. Przykro mi, moja miła, że nie mogę ci bardziej pomóc.
- A skąd wiedzą, kto ma szesnaście lat? – Zapytałam z ciekawością. - Jest tutaj wielu przejezdnych.
- Te szesnaście lat to teoria. Miejscowi są w tym wieku sprawdzani. Jeśli ktoś jest dorosły, a na dłoni nie ma znaku, to też musi dotknąć kamienia. Ile masz lat, moja miła?
- Czternaście – skłamałam, patrząc w ziemię. – Przyjechałam tu przedwczoraj z rodzicami w poszukiwaniu siostry mojej mamy. Często się przeprowadzamy, bo tata jest kupcem i wędruje w poszukiwaniu nowych towarów. Przybywam z daleka, więc po prostu się zdziwiłam, kiedy wyszłam z pokoju, a na ulicach stały straże.
- Och, to nic dziwnego, że nie wiedziałaś, o co chodzi. W mniejszych miasteczkach daleko za granicami Tyrreny rzadko słychać o Shedar. Żołnierze wraz z Opiekunami Kamienia jeżdżą tam raz na pięć lat i sprawdzają wszystkich mieszkańców.  – Odparła z uśmiechem kobieta. – Może po prostu raz na każde pięć lat byłaś w innym mieście i cię nie sprawdzili. – Dodała. – Ale nie martw się, na ciebie także przyjdzie czas. Wybacz, ale muszę już wracać do pracy. Cieszę się, że mogłam ci pomóc. – Obdarzyła mnie wesołym spojrzeniem i ruszyła w stronę rynku.
- Dziękuję bardzo! – Krzyknęłam na pożegnanie.
            Odetchnęłam z ulgą. Cieszyłam się, że nie zaproponowała mi pomocy w szukaniu siostry mamy albo nie zaprowadziła mnie do straży. Gdyby to zrobiła, musiałabym zacząć uciekać, co nie przeszłoby niezauważone. Na szczęście trafiłam na jedną z milszych osób w tym hrabstwie. Jednak obawy nie miały końca. Na dłoni nie miałam żadnego znaku, a moje siedemnaście wiosen robiło swoje. Rysy twarzy nie były już dziecięce, ale coraz bardziej kobiece, budowa ciała coraz dojrzalsza. Nie mogłam tutaj zostać, ale gdzie mogłabym uciec?
            Zrezygnowana i przestraszona ruszyłam w stronę mojego pokoju na poddaszu, zamykając drzwi na klucz. Wspięłam się na łóżko i delikatnie zbadałam budowę dachu, która składała się ze słomianych snopków powiązanych ze sobą sznurami i drewnianych desek przybitych gwoźdźmi do szkieletu budynku. Przeszłam po łóżku i, stanąwszy w rogu, delikatnie zdjęłam snopek siana. Położyłam go na podłodze i wzięłam z szafy mój sztylet, którym delikatnie wyjęłam gwoździe z deski. Włożyłam je do kieszeni, a kawałek drewna powolutku przesunęłam w dół. Dzięki temu miałam dogodny widok na rynek miasta i pewność, że nie zostanę zauważona.
Żołnierze stali w kole obróceni przodem do zewnątrz. Pośrodku okręgu siedziało trzech mężczyzn w błękitnych szatach. Obok jednego z nich stały dwie beczki z wodą i stolik, na którym rozłożone były małe kawałki materiału. Pozostała dwójka trzymała w dłoniach małe pudełeczko, z którego środka emanowało niebieskie świadoma rzędami budynków. Długa kolejka ludzi stała po prawej stronie koła, pomiędzy żołnierzami pilnującymi tam porządku. Dwa rzędy budynków mieszkalnych, karczm i prowizorycznych sklepów skutecznie utrudniały komukolwiek ucieczkę. Nikt nie próbował nigdzie iść, jednak ze względów bezpieczeństwa straże stały tam, gdzie stały i już. Co minutę kolejne osoby wchodziły do środka okręgu, podchodziły do pierwszego mężczyzny, który wkładał tkaninę do wody i obmywał nadgarstek człowieka. Ten następnie przechodził do pozostałych dwóch mężczyzn i podawał im dłoń, do której Opiekuni Kamienia przykładali Shedar. Kamień świecił intensywnym, niebieskim światłem, po czym gasł. Czysty zaś wychodził z lewej strony okręgu i z ulgą opuszczał rynek.
Straże organizowały łapanki pośród mieszkańców miasta, co rusz czas wchodząc do mieszkań albo sklepów. Oto nadszedł czas, w którym powinnam opuścić to pomieszczenie, a co za tym idzie, miasto. Szybko podciągnęłam deskę do góry i na powrót przybiłam ją gwoźdźmi do szkieletu budynku, po czym odłożyłam słomę na miejsce. Zeskoczyłam z łóżka, wyjęłam z szafy skórzaną kamizelkę, włożyłam miecz do pochwy, a do kieszeni włożyłam srebrne monety. Z udawanym spokojem zeszłam po trzeszczących schodach na parter, znalazłam właściciela i, dziękując za udostępnienie lokalu, włożyłam mu do ręki srebrne monety. Szybko wyszłam z budynku, kierując się w lewo, na obrzeża miasta. Na każdym zakręcie sprawdzałam, czy na drodze nie ma żołnierzy. Intuicja mówiła mi, że powinnam uciekać stamtąd jak najszybciej i jak najdalej. Z szybkiego marszu zbyt szybko przeszłam do truchtu, to był mój największy błąd. Straże natychmiast mnie zauważyły i zaczęły za mną biec. Skręciłam w ciemny zaułek i schowałam się za skrzyniami z owocami. Oprawcy mnie minęli. Szybko stamtąd wyskoczyłam i skierowałam się w stronę jedynej znanej mi stajni. Biegłam, nie zważając na nikogo i na nic, walcząc o każdy haust powietrza. Nagle zauważyłam, że jednak nie jestem sama. Żołnierze biegli za mną, wykrzykując coś do swoich kompanów. Skręciłam w lewo, minęłam starą karczmę i zauważyłam czarnego rumaka. Niewiele myśląc porwałam wodze i galopem ruszyłam przed siebie.
- Ej, panienko – wysyczał szef. – Nie zapomniałaś się trochę?
Słońce schowało się za górami, a księżyc oświetlał drogę. Nadal siedziałam w siodle, kurczowo trzymając grzywę wierzchowca. Byłam na małej polanie otoczonej zewsząd drzewami i oświetlonej srebrzystymi gwiazdami.
- Zostajemy tutaj na noc, zsiadaj i chodź mi pomóc. – Zarządził. - Nazbieraj trochę suchej trawy i połóż ją gdzieś. Ja znajdę drzewo na opał. Wyjmij z juków suszone mięso i bukłaki z wodą. Jeśli chcesz, żeby kolacja była smaczniejsza to możesz pokombinować z jakimiś ziołami. Rozumiesz wszystko? – Skończył gestykulować i popatrzył na mnie. Pokiwałam głową. – Dobrze. Tylko się pośpiesz.
Ruszyłam w stronę lasu i uzbierałam suchej trawy. Było jej w sam raz na w miarę wygodny  nocleg dla mnie i szefa. Wyjęłam mięso i wpadłam na jedyny pomysł, który mógł uratować moje życie. Trzeba je dobrze doprawić. Ja już je doprawię. Ten drań do końca życia zapamięta ten smak.
Wstałam i poszłam w stronę krzewów jeżyny. W ich okolicach zawsze rośnie najwięcej Dekkar, których rozpaczliwie szukałam. Nie myliłam się. Średniej wielkości kępka rosła w miejscu, w którym powinna rosnąć. Wszystko szło zgodnie z planem. Najważniejsze w zbieraniu Dekkar jest odpowiednie przycięcie. Nie można uszkodzić korzenia, bo jego cierpki sok zatruwa całą roślinę, zabijając ją natychmiastowo. Wyjęłam sztylet, który szef mi oddał i ucięłam kilka pędów Dekkar, delikatnie je kładąc na ziemię obok. Drugim etapem była obróbka- odrywanie liści od pędu. Usiadłam tak, aby nie obciążać nogi i wzięłam się do pracy. Powoli, ale dokładnie odczepiałam zielone listki od łodygi. Były wielkości monety i miały charakterystyczne rowki na całej powierzchni. Skrupulatne praca dawała efekty- po kilku minutach wszystkie listki leżały na płaskim kamieniu, który miał służyć za deskę do krojenia.
Następna faza polegała na usunięciu tak zwanych tętnic z liści. Była to po prostu najgrubsza część unerwienia listnego, która także miała w sobie sok zabijający roślinę. Ironia losu, pomyślałam. W żyłach rośliny płynie trucizna, która zabija tylko ją, nikogo innego. Bezsensu. A może jednak z sensem? Przecież to genialne! Szybko nacięłam tętnice, które miały doprawiać moją część posiłku i uśmiechnęłam się do siebie. Teraz roślina zatruje tylko tego drania, a nie mnie. Kiedy całe pozostałe unerwienie zostało prawidłowo usunięte, zakopałam je wraz z pędami w ziemi, aby szef przypadkiem nic nie zauważył. Posiekałam zdatne do użytku listki i wróciłam do obozowiska w jednej ręce niosąc zioła dla mnie- te, które same siebie zatruły i nie mogły nic zrobić, a w drugiej te dla szefa, które miały negatywne skutki. Wyjęłam suszone mięso i podzieliłam je na dwie części, uprzednio obmywając sztylet, aby nie zatruł posiłku. Dokuśtykałam się do lasu i przyniosłam płaski kamień, na którym wcześniej siekałam Dekkar oraz dwa duże liście łopianu. Na jednym z nich ułożyłam mój kawałek mięsa, a na drugim ten dla szefa. Wyjęłam z plecaka malutką miseczkę, do której wlałam trochę wody i wrzuciłam moje Dekkar. Chwyciłam średniej wielkości kamień, którym roztarłam liście. Był to pewnego rodzaju młynek służący do przygotowywania maści lub innych rzeczy. Wtarłam mieszankę w mięso i zawinęłam je w liść łopianu. Następnie to samo zrobiłam z Dekkar szefa i tak przyrządzone danie położyłam na kamieniu. 
Mężczyzna w tym czasie zbierał drewno i ciął je mieczem na mniejsze kawałki. Suchą trawę służącą za rozpałkę ułożył na gołej ziemi. Wokoło niej poukładał drewno, a pozostałe kawałki rzucił obok koni, które przywiązane były do dębu. Podpowiedziałam szefowi, żeby do rozpalenia ogniska użył krzemieni, które leżały gdzieś w jukach. Warknął i poszedł po nie. Ja zaś w tym czasie ruszyłam do lasu po nasiona drzewa Yrivis, które zwano Yrviskami. Owalne i brązowe nasionka leżały pod drzewem. Ciężko było znaleźć te dojrzałe, które można było rozpoznać po lekko otwartej skorupie, więc moje poszukiwania w blasku księżyca trwały dość długo.
Yrwiski budową przypominały kasztany, ale były nieco większe i żółte. Po otwarciu skorupki wyskakiwały z nich dwa nasionka wielkości orzechów włoskich. Trzeba było uważać, żeby nie odskoczyły za daleko, bo miały ciemne ubarwienie, które ułatwiało im chowanie się w ziemi. Kiedy zebrałam osiem potrzebnych Yrwisków, wróciłam do obozowiska, po drodze zabierając z plecaka bukłak z wodą i sakiewkę z maścią leczniczą. Ciepłe płomienie ogniska wesoło skakały, oświetlając całą polankę. Usiadłam na wcześniej przygotowanej suchej trawie i wzięłam płaski kamień z mięsem. Patykiem uporządkowałam drewno stojące w płomieniach i delikatnie ułożyłam na nim kamień. Szef podał mi metalowy garnuszek, do którego nalałam wody i postawiłam go na ognisku, pomiędzy jednym kawałkiem mięsa a drugim. Prawie zapomniałam, że siedzę obok mężczyzny, który wcześniej mnie pobił, a w niedalekiej przyszłości miał zamiar oddać mnie w ręce Dryvena. To było o wiele gorsze od pobicia.
Ale ja byłam spokojna. Wiedziałam, że kiedy zioła zaczną działać, szef zaśnie, a ja będę mogła go unieruchomić. Nie miałam zamiaru zabijać człowieka, ale gdyby oczywiście zaszła taka potrzeba, byłam na to gotowa.
- O czym myślisz? – Zapytał, wybijając mnie z rytmu. Myślałam, że nie rozpocznie rozmowy. Myliłam się. – Odpowiedz.
- Zastanawiam się, dlaczego mnie wszyscy ścigają. – Odparłam zgodnie z prawdą. – Przecież nie zrobiłam nic złego.
Szef wybuchnął śmiechem.
- Ależ złociutka – wrzucił kawałek drewna do ognia – oczywiście, że zrobiłaś.
- Ale co takiego? Przyjechałam do miasta, siedziałam tam trochę… Nic nie zrobiłam.
- Co prawda to prawda. Dobrze mówisz, nic nie zrobiłaś. I na tym właśnie polegał twój błąd. W czasie czystek każdy w twoim wieku musi się stawić na Sprawdzenie Czystości. Ceremonia Przejścia właśnie na tym polega.
- Ale – przerwałam mu – ja nawet nie wiedziałam, co to jest i co oznacza.
Podszedł bliżej, siadając koło mnie.
- Co ukrywasz? – Zagadnął, obracając mięso na kamieniu.
- Nic.
- Więc dlaczego nie chciałaś przejść ceremonii? Może jesteś Nieczysta, hę?
- Nawet nie wiem, co to oznacza. – Nerwowo poruszałam rękami, próbując uwolnić się od sznurów. Szef to zauważył.
- Będziesz grzeczna? – Zapytał jak poprzednim razem. Pokiwałam głową, on rozciął liny. Pomasowałam nadgarstki.  – Nie wiesz, co to oznacza? A wiesz, co oznacza Czysty?
- Ktoś ze znakiem.
- Więc kim jest Nieczysty?
- Ktoś bez znaku.
- Dobrze. – Klasnął w dłonie. – Sama to sobie tłumaczysz.
- Rozumiem to, o czym mówimy. Wiem, kim jest Czysty. Ma znak i ukończone szesnaście lat. Natomiast nie wiem, kim jest Nieczysty. Nie wiem, co się dzieje w momencie zetknięcia Shedar z jego ciałem. Nie wiem, kim jest ta osoba. Nie wiem też dlaczego mnie ścigacie.
- Kodeks Terreny jest surowy w stosunku do osób, które unikają Ceremonii Przejścia. Są od razu nazywani Nieczystymi i ścigani w całej Tyrrenie. Dopóki nie przejdą Sprawdzenia, są po prostu Nieczyści.
- Co oznacza Nieczystość w takim razie? Co się dzieje z osobą, która dotyka Shedar, a jest Nieczysta? Czym się różni od innych?
- Rzecz w tym, że nie wiemy. – Zadumał się szef. – Nie wiemy.
- Ale…
- Kiedy Nieczysty dotyka Shedar po prostu… Ginie. Zabiera swoją tajemnicę do grobu.
Zdziwiłam się. Nazywają ich Nieczystymi po śmierci. Może to nie ich wina, tylko Opiekunów Kamienia, którzy robią coś nie tak podczas Ceremonii. To, o czym myślałam, wyznałam szefowi. W tym samym momencie zdjęłam gorące mięso z kamienia, wspomagając się mieczem szefa i garnuszek, do którego wrzuciłam Yrwiski. Mężczyzna odwiną swoją porcję z łupienia, pozostawiając do wystygnięcia. Ja natomiast zostawiłam w środku, aby mięso nasiąknęło smakiem Dekkar
- A skąd mamy to wiedzieć? – Zaczął szef. - Jeżeli uciekają przed ceremonią- w oczach ludzi po prostu coś ukrywają. Moim zdaniem lepiej przejść Sprawdzenie i umrzeć, niż uciekać. Kiedy uciekasz- sam w sobie coś skrywasz. A kiedy coś skrywasz- inni chcą się dowiedzieć, co to takiego. A kiedy inni chcą się dowiedzieć, co to – są w stanie zrobić wszystko, aby dopiąć swego.
- W takim razie teraz każdy będzie chciał się dowiedzieć, co ukrywam. A jeśli nie ukrywam nic?
- Oj piękna. Teraz tego nie udowodnisz. – Uśmiechnął się gorzko. – Jedynym sposobem, aby to sprawdzić jest Ceremonia. A jeżeli jej nie przejdziesz to zginiesz. Tak więc jedynym sposobem są tortury.
- Ale ja nic nie wiem! – Krzyknęłam zbulwersowana, powstrzymując łzy. – Nie możesz mnie po prostu puścić i powiedzieć, że się zabiłam po drodze? – Chwyciłam szefa za ramiona i zaczęłam nim trząść. – Nie możesz tego zrobić?!
- Ej, piękna! – Odrzucił moje dłonie w tył. – Pohamuj się trochę. Nie mogę nic zrobić. Kazali mi cię dostarczyć, to mam zamiar wykonać zadanie. Pamiętaj, że dostanę nagrodę. A nagrody są… - Oblizał wargi. – Dość sowite.
Przestraszyłam się.
- Koniec pogadanek na dzisiaj. Lepiej zjedz to, coś przyrządziła, posmaruj nogę tym szajsem i powiedz, kiedy skończysz.
Wzięliśmy się do jedzenia, używając rąk i sztyletów, a wszystko popijając herbatą z nasion Yrivisu. Mięso było co najmniej smaczne. Po ciężkiej drodze ziemia była najmiększym łóżkiem, a smażona potrawa najlepsza na świecie. Dekkar zastępował sól i pieprz w jednym, nie miałam pojęcia, czy szef wiedział, co to za zioło. Miałam nadzieję, że nie będzie dopytywał, skąd wzięłam tyle przypraw. Nawet jeśli, powiem, że były schowane w jukach i nie zauważył ich.  
            Po skończonym posiłku wrzuciliśmy łopian do ognia. Ja wzięłam się za ściąganie opatrunku z łydki, smarowanie jej maścią leczniczą, oczyszczanie tkaniny i powtórne jej zakładanie. Czułam, że w najbliższym czasie będe musiała powtarzać ten zabieg jeszcze kilkadziesiąt razy. Rana ani nie wyglądała lepiej, ani nawet nie bolała mniej. Po prostu z biegiem czasu ciało coraz bardziej przyzwyczajało się do ciągłego bólu.
Kiedy skończyłam, padłam zmęczona na leżankę z trawy.
- Hola hola! - Zawałał szef. - A ty co robisz?
Zdziwiłam się.
- Leżę...? - Zapytałam niepewnie, nie wiedząc, o co mu chodzi.
- Ano właśnie. A wiesz, że nie mogę ci pozwolić tutaj spać z rozwiązanymi rękami? Mogłabyś pobiec gdzieś daleko...
- Pobiec? Raczej nie zabiegłabym daleko. - Odparłam z przekonaniem.
- Tam stoją konie, złociutka. Nie wiem, o czym myślisz pod tym swoim pięknym czołem, ale ja durniem nie jestem.
Jesteś, pomyślałam. Zjadłeś mięso przyprawiane Dekkar, ty baranie.
- Mogłabyś odjechechać. Gdzieś daleko... - Zbliżył się do mnie tak, że swoją brodą dotykał mojego nosa. Delikatnie nawinął kosmyk moich włosów na palec i uczepił na nich swój wzrok. - Nie mogę pozwolić, abyś mi uciekła. - W jego oczach błyszczało szaleństwo. Dekkar zaczynało działać. - Byłoby mi bardzo przykro... - Jego ohydny oddech odbijał się od moich policzków. - Szkoda tak pięknej zdobyczy - przerwał - jak ty. - Spojrzał mi głęboko w oczy. Lazur jego tęczówek spiorunował mnie. Czułam, że tonę. Dekkar działało nawet na otoczenie. A ja nie mogłam utonąć.
- Zostaw mnie - wyszeptałam, odwracając głowę w bok. Chwycił mnie za nadgarstki.
- Wstań - rozkazał.
Z obrzydzeniem pozwoliłam, żeby jego szorstkie dłonie uniosły mnie w górę.
- Chodź - wyszeptał, wciąż gorliwie uczepiony moich nadgarstków. - Może sam sobie wyznaczę nagrodę... Szkoda byłoby - popatrzył w niebo - nie skorzystać z takiej zdobyczy. - Dodał, przenosząc na mnie spojrzenie. - A przecież nikt się nie dowie - mamrotał sam do siebie, powłócząc nogami.
Zaciągnął mnie do drzewa i przywiązał moje ręce do pnia. Kucnął przede mną i świdrował mnie spojrzeniem od góry do dołu.
- Piękna jesteś - szeptał. - Co ukrywasz pod koszulą?
Przestraszyłam się max. XDDDDDDDDDDD
Na prawdę się przestraszyłam. Nie wiedziałam, do czego szef jest zdolny, ale byłam prawie pewna, jak ta noc się skończy. Nie mogłam na to pozwolić.
- Zostaw mnie - powiedziałam stanowczo. Szyderczy śmiech ogarnął całą polanę, strasząc wszystkie małe żyjątka z lasu. Krzyknęłam, kiedy dotknął moich ramion. - Zostaw mnie!
Jego wzrok powędrował w stronę moich oczu. To nie było miłe spojrzenie. Wielu ludzi zażywa Dekkar, aby się zabawić. Zioło na każdego działa inaczej, jednak wszyscy są  szczęśliwi, kiedy je wciągają lub piją. Miałam nadzieję, że szef po prostu trochę się pośmieje, położy i zaśnie. Albo straci czujność i będę mogła go zabić. Obydwie opcje były dobre, jednak druga wydawała się o wiele ciekawsza.
Moje rozmyślania przerwał chrapliwy oddech tuż przy moim uchu. Szef delikatnie dotykał mojej szyi, szepcząc miłe słówka. Znosiłam to z odwagą w oczach i bólem w sercu. Bałam się.
- Nie dotykaj mnie! - Krzyknęłam, kopiąc go w nogę. Siła uderzenia powaliła go na ziemię. - Nie rozumiesz?!
Mężczyzna śmiał się, powoli wstając.
- Jeżeli nie oddasz mi się dobrowolnie - uderzył pięścią w otwartą dłoń - będę musiał wziąć cię siłą. - Roześmiał się. - Mam na ciebie ochotę, złociutka.
Kucnął i próbował zdjąć mi z ramion skórzaną kamizelkę. Ugryzłam go, warcząc. Odskoczył jak oparzony, po chwili znowu wracając do mnie.
- Czyli wolisz, żebym wziął cię siłą? - powiedział. - Jak sobie życzysz.
Po tych słowach kopnął mnie trzy razy w brzuch i spoliczkował. Myślałam, że zwymiotuję. Z trudem chwytałam powietrze, walcząc o utrzymanie przytomności. Nie mogłam sobie pozwolić na slabość, jednak ból z każdą sekundą otepiał mój umysł. Zacisnęłam zęby, kiedy łapska mężczyzny spoczęły na moim biuście. Zaczęłam się szarpać i krzyczeć, jednak sznury skutecznie nie pozwalały na uwolnienie rąk. Szef zbliżył się do mnie i przyłożył usta do moich warg. Oplułam go.
- Ty szmato! - Krzyknął, ścierając rękawem ślinę z twarzy. - Pożałujesz, suko.
Nachalnie ściągnął z moich ramion koszulę, jednak sznur uniemożliwiał zrzucenie jej. Byłam usatysfakcjonowana wiedząc, że sam sobie przeszkadza, pomagając mi. Gdyby nie związał mi rąk, wszystko byłoby dla niego łatwiejsze.
- Nie dotykaj mnie! - Wrzasnęłam ostatni raz, szarpiąc się kopiąc mężczyznę.
Nic więcej tego wieczoru nie powiedziałam. Szef wepchnął mi jakiś materiał do ust, żebym siedziała cicho. Jedenym pozytkiem związanym z tym było to, że nie mógł mnie całować. Poczułam ulgę. Tymczasem on z uśmiechem zabawiał się moimi włosami, szepcząc coś o wygranej.
- Nie uciekniesz mi, maleńka. - Oblizał wargi. - Nie uciekniesz. Teraz jesteś moja. Zasłużyłem na ciebie.
Dotknął moich obojczyków, po czym poznawał moje ciało centymetr po centymetrze. Byłam bezradna, unieruchomił moje nogi. Pocałował mnie w policzek, później w szyję i niżej. Jego dłonie bezwstydnie dotykały mnie wszędzie, a ja z każdą chwilą czułam coraz większe obrzydzenie. Oddech miał przyspieszony, a jego serce galopowało. Chciałam krzyczeć, chciałam wyć z bezsilności, a nie mogłam. Co parę chwil mężczyzna policzkował mnie, abym przestała go kopać. Nie mogłam się poddać, nie wtedy, kiedy jeszcze byłam w stanie walczyć.
- Wiem, że mnie pragniesz. - Jesteś ostatnią osobą, którą mogłabym pokochać. - Wiem, że mnie chcesz. - Nienawidzę cię. - Wiem, jakim pożądliwym wzrokiem na mnie patrzysz. - Nienawidzę cię!
Krzyknęłam, kiedy włożył rękę do moich spodni. Po policzku spłynęła mi łza. Robiłam, co mogłam, co tylko potrafiłam, a to ciągle było za mało. Nigdy nie chciałam, żeby to wszystko wyglądało właśnie tak. Jego ręce wędrowały po moim ciele, a oczy świdrowały od góry do dołu. Wstał i zdjął spodnie. Zacisnęłam oczy i na oślep kopałam nogami powietrze. Musiałam uderzyć go w kostkę, bo coś gruchnęło, a mężczyzna zwalił się na ziemię. Krzyczał.
- Nie odpuszczę ci, rozumiesz?! Nie odpuszczę!!!
Podczołgał się do mnie, siadając mi na nogach. Powstrzymywałam wymioty, gwałtownie łapiąc oddech. Zacisnęłam powtórnie oczy i poprzysięgłam, że już nigdy ich nie otworzę. Czułam jego dłonie na moich piersiach, na brzuchu, wszędzie. Próbowałam krzyczeć, ale nie mogłam. Kiedy wszystko wskazywało tylko na jedno, powietrzem wstrząsnął bezgłośny grom.
Kaylee obudziła się, gwałtownie chwytając powietrze. Rękami obmacała teran wokół niej. Leżała w dębie, tak jak poprzedniej nocy. Zresztą nie wiedziała dokładnie, która to noc i gdzie jest. Jej serce biło o wiele za szybko. Miecz stał wsparty o ścianę kryjówki, a juki leżały obok niego. Noga dziewczyny była cała. Kaylee przestraszona wyjrzała ze schronienia. Słońce właśnie wstawało, rzucając pierwsze promyki słoneczne na las. To był tylko sen, myślała gorączkowo. To był tylko sen...
Aż sen!

rozdział 1

I; trudne początki
Popędziła konia, głośno oddychając i czekając na boskie zbawienie. Bojówka gnała tuż za nią, co rusz przecinając powietrze strzałami. Kaylee musiała schylać głowę, prawie dotykając czarnej grzywy rumaka. Skręciła w prawo, omijając olbrzymi dąb, a potem w lewo, ku rzece. Słońce szukało kryjówki gdzieś za wysokimi górami, a księżyc tylko czekał na moment, w którym będzie mógł się wzbić na sam środek nocnego nieba. Dla Kaylee było to pewnego rodzaju zbawienie- miała nadzieję, że uda jej się ukryć w mroku cienia.
Czerwone chorągwie, znak przynależności do hrabstwa, wesoło powiewały na wietrze, dodając uroku żołnierzom w srebrzystych zbrojach. Tu wszystko było tak idealne, tak perfekcyjne… Bojówka nie była dobra, a już na pewno nie idealna. Okropne charaktery, przejrzyste oczy i ręce zdolne tylko zadawać cierpienie. Umysły od urodzenia przystosowane do zabijania, które było ich jedynym celem. Wychowano ich na morderców, niezdolnych do kochania czy odczuwania emocji. Wszystko, co robili, czego pragnęli, było z góry przesądzone. Kierowało nimi ślepe przekonanie, które kazało zabijać na rozkaz. I nic więcej.
Teraz w trójkę jechali za Kaylee, śmiejąc się i krzycząc, że nigdy im nie ucieknie, że i tak ją dopadną. Ale dziewczyna się nie bała- wiedziała, że to nie są czcze pogróżki, jednak jej umysł kazał zachować spokój i trzeźwo myśleć. Z daleka widziała rzekę, ale dopiero teraz uznała, że może jej się w pewien sposób przydać. Godzinna ucieczka wycieńczyła fizycznie dziewczynę, nie wspominając już o koniu. Rumak nie był jej własnością. Pochwyciła jego wodze, kiedy uciekała z miasta. Wybrała go, bo wyglądał na silnego. Nie był zbyt duży, ale też za mały- wydawał się w sam raz do ucieczki.
Ciężko oddychając, pognała wycieńczonego wierzchowca w stronę rzeki. Na zakręcie w lewo grunt opadał nieco, a sosny rosły gęsto wzdłuż brzegu. Pomiędzy spadem, a drzewami było trochę miejsca- idealne kryjówka. Przynajmniej chwilowa. Kiedy do zakrętu było jeszcze kilkaset kroków, Kaylee ostrożnie odpięła od siodła dwie juki  i zarzuciła je na plecy. Obróciła się- bojówka była tuż przy rzece- nie było czasu do stracenia, a nie mogli jej zobaczyć.  Chwyciła miecz, pognała konia, gwałtownie skręcając w prawo, jednocześnie kopiąc go w zad i skacząc pomiędzy sosny. Miecz zabrzęczał, dotykając pnia jednego z drzew. Uderzyła plecami o  twardą ziemię i cicho jęknęła. Udało się.
Rumak jeszcze szybciej pognał w las, a ona schroniła się pod sosnami. Wyciągnęła ręce, aby uspokoić  kołyszące się gałęzie. Wstrzymała oddech, kiedy usłyszała stukot kopyt i skuliła się, jak najbardziej dociskając plecy do ziemi. Coraz bliżej, nad nią. Przejechali, nie zauważyli jej. Znowu się udało. Jednak nie miała zbyt wiele czasu. Nie wiedziała, gdzie pogna samotny koń, a także jak długo będzie uciekał bez jeźdźca. W każdym razie niedługo się zorientują, że jej nie ma w siodle. Musiała uciekać dalej.
Juki nie ważyły dużo, jednak przy długim marszu byłyby niepotrzebnym obciążeniem. Kaylee nie wiedziała, co w nich jest, bo kiedy wskakiwała na konia, one już tam były. Nie miała czasu sprawdzać, więc po prostu ich nie dotykała. Teraz otworzyła jedną z nich. Suszone mięso i owoce, trzy chleby, suchary, kostki cukru, dwie marchewki oraz soczyste jabłko. W drugiej juce była saszetka z pieniędzmi i druga z leczniczą maścią, srebrny pierścionek oraz naszyjnik, dwa krzemienie do rozniecania ognia, mały kocyk,  a także sztylet. Delikatnie wsunęła go do buta. Zrobiło jej się szkoda właściciela, któremu skradła te przedmioty. Nie zrobiła tego celowo, chciała tylko przeżyć. Ale miała większe zmartwienia na głowie- lada chwila ktoś mógł ją zabić i zanieść jej głowę hrabiemu. Musiała uciekać. Ale po co?
Na spokojnie przeanalizowała wszystkie rozwiązania. Mogła dalej uciekać przez las, ale zostawiając tutaj jedzenie byłoby to bezcelowe. Nie przetrwałaby długo.  Z drugiej strony bieganie z takim obciążeniem też nie miało sensu. Powoli zapadał zmrok, więc mogła tylko schować się gdzieś i poczekać do rana. Słońce chowało się za górami, a noc zasnuwała świat. Z każdą minutą jej szanse na przeżycie wzrastały. Oczywiście możliwe było, że bojówka ją dopadnie, ale miała ogromną nadzieję, że tak się nie stanie. Włożyła więc pierścionek na serdeczny palec lewej ręki, naszyjnik zawiesiła na szyi i chwyciła miecz. Zarzuciła juki na plecy i ostrożnie przeczołgała się pod gałęziami, starając się jak najmniej hałasować. Igły kłuły ją w twarz i wpadały do oczu, utrudniając przemieszczanie się. Nie miała jednak wyboru, więc ruszyła przed siebie, mieczem odpychając nieużyteczne konary drzew. Kiedy pokonała ten beznadziejny gąszcz, wstała powolutku, rozprostowując plecy.
Ruszyła przed siebie, stąpając tylko po miękkiej trawie albo mchu, aby nie hałasować i nie zostawiać śladów na ziemi. Gęsto rosły tutaj jagody, maliny, gdzieniegdzie były nawet poziomki. Po prawej stronie do nieba pięły się ogromne krzewy czerwonych oraz czarnych jeżyn. Kaylee wędrowała około piętnastu minut w bladej poświacie księżyca, kiedy nagle zauważyła średniej wielkości dąb, rosnący pomiędzy innymi drzewami tego typu. Każdy z nich otaczały gęste krzaki, a na ziemi leżało mnóstwo żołędzi. Niby nic dziwnego, ale coś kazało dziewczynie podejść do każdego z drzew i sprawdzić, co jest w środku. Poszukiwania zaczęła od prawej strony. Delikatnie rozsunęła gałęzie i dotknęła pnia. Zimna i twarda kora, nic więcej. Podeszła więc do drugiego, trzeciego, czwartego i piątego. Nic, wszędzie do samo. Nie ustawała jednak, gdyż intuicja w żadnym wypadku nie prosiła jej o zaniechanie poszukiwań, wręcz przeciwnie. Drążyła więc dalej, aż w końcu się udało. Rozchyliła gałęzie, i włożyła rękę pomiędzy nie. Spodziewała się dotknąć zimnej kory, ale nic się nie stało. Uniosła głowę ku niebu. Drzewo wyglądało na zdrowe, rosło prosto i miało zieloną koronę. Pień był gruby na co najmniej dwa długie kroki. Kaylee rozsunęła gałęzie mieczem i okazało się, że w środku jest jakby… Dziura, aż prosząca się, aby spędzić w niej noc.
Dziewczyna włożyła juki z mieczem do środka, a sama ruszyła na poszukiwanie suchej trawy do wyłożenia podłoża w dębie. Znalazła dosyć dużą kępę i ucięła ją tuż przy korzeniach. Wzięła garść ziemi i przysypała pozostałości w celu zatarcia śladów. Nie sądziła, że to konieczne, ale uznała, że nie zaszkodzi. Zrobiła tak ze wszystkim innym, co ucięła. Wkrótce miała dosyć pokaźną ilość trawy. Wpełzła do dębu i porozkładała ją równomiernie na ziemi, aby uchronić się przed zimnem. Wprawdzie trwała wiosna, ale noce potrafiły być mroźne. Była przestraszona, głodna i wyczerpana. Wyjęła z juki trzy sucharki wielkości otwartej dłoni i spałaszowała je. Znalazła koc i przykryła się nim, a otulona ciepłym materiałem szybko zasnęła.
Obudził ją szyderczy śmiech i głośne kpiny.
- Co, słodziutka, myślałaś, że cię nie znajdziemy, co? – Mówił ktoś ze śmiechem.
- Teraz jesteś nasza – wtórował ktoś inny.
- Wyłaź z tej dziury, mała kurwo – krzyknęli.
Nie miała żadnych szans. Była przerażona, jeszcze nigdy tak się nie bała. Nastawał ranek, słońce przezierało się przez gałęzie. Widziała ohydne gęby swoich oprawców, czuła tylko ich pot i zapach koni. Jej serce miało lada chwila wyrwać się z piersi
- Albo wyjdziesz dobrowolnie, albo sami cię stamtąd wyciągniemy. To drugie raczej nie będzie przyjemne – ostrzegł mężczyzna z bujnym zarostem na twarzy.
Wtedy Kaylee postanowiła grać na zwłokę. Każda sekunda mogła być na wagę złota.
- Czego ode mnie chcecie? – Zapytała z udawaną odwagą w głosie.
- Już ty dobrze wiesz, mała latawico. – Zadrwił młody chłopak z długimi włosami.
- Nie wiem – powiedziała cicho, ale tak, żeby ją słyszeli.
- Dobrze wiesz, ty szmato, a teraz wyłaź stamtąd! – krzyknął ten z brodą. – Nie mamy czasu na te twoje cholerne gierki! Nie po tropiliśmy cię pół nocy, żeby teraz na kolanach cię błagać, żebyś z nami poszła! Myślałaś, że z nami wygrasz? Ha! Do tej pory jeszcze nikomu się to nie udało. Co prawda, to prawda- było nam ciężko, ale jak widzisz- było warto.
Kaylee pochwyciła miecz, a juki po cichutku schowała pod koc. Nie pójdzie tam z własnej woli. Będzie walczyć.
- Ostrzegam cię po raz ostatni. Wyjdź.
Kaylee wychyliła głowę. Trzech.
- Olgierd, daj mi ją, nie mam czasu.
Wysoki mężczyzna o blond włosach skierował się w stronę Kaylee. Wyciągnął dłoń z toporem, aby uciąć gałęzie, za którymi stała. Dziewczyna zamachnęła się mieczem i upuściła go w dół. Olgierd krzyknął, a ręka z toporem wylądowała tuż pod jej nogami. Mężczyzna upadł na ziemię, próbując zatrzymać krwotok. Kaylee, nie tracąc czasu, wyskoczyła z drzewa i pognała w stronę najbliższego wierzchowca. Po jej prawej widziała dwójkę biegnącą w jej stronę. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, wskoczy na konia i odjedzie. Przeskoczyła konar leżący przed nią, jednocześnie wyciągając z buta sztylet. Pognała przed siebie. Kilka kroków dalej leżał duży kamień. Odbiła się od niego i wskoczyła na stojącego za nim konia. Był przywiązany do drzewa. Kaylee szybko odcięła liny mieczem i schowała sztylet do buta, popędzając wierzchowca. Słyszała za sobą krzyki mężczyzn i stukot. Pędzili tuż za nią. Koń nie był osiodłany, więc jazda była dość trudna, jednak dziewczyna wiedziała, że to nic w porównaniu z tym, co hrabia uczyniłby jej na zamku, gdyby pozwoliła się dopaść. Strzały świszczały jej koło głowy, przed jedną uchyliła się w ostatniej chwili. Przed drugą nie zdołała. Trafiła ją w prawą łydkę. Dziewczyna krzyknęła z bólu i zacisnęła zęby. Jej oczy pałały gniewem.
Nie wiedziała, dokąd jedzie. Las migał jej przed oczami. Co rusz popędzała konia, chcąc uciec jak najdalej. Ból pulsował w nodze, z każdym wybojem niemiłosiernie o sobie przypominając. Wiatr przecinał włosy dziewczyny, a słońce oświetlało szarą twarz. Nie podda się, bo nie może. Koń stanął dęba, a Kaylee spadła. To koniec.
Mężczyźni szybko ją dopadli, chwytając za włosy i targając po ziemi. Nie w ich zwyczaju była łaskawość. Zeskoczyli z koni, a dziewczynie z dłoni wypadł miecz.
- Ty szmato – wyszeptał ten z brodą, przyciskając usta do ucha Kaylee. – Wstań.
Ale nie mogła. Strzała tkwiła w jej nodze, a głowę rozsadzał ból spowodowany bezradnością.
- Kevin, pomóż mi ją podnieść.
Długowłosy chłopak złapał mnie za szyję, ciągnąc w górę. Krzyknęłam.
- Szefie, ona ma strzałę w nodze.
- Ty durniu, sam ją trafiłeś – krzyknął ten z brodą. – Tak daleko nie zajdzie. Wyjmij to cholerstwo z jej łydki i zwiąż ręce.
Chwyciłam się za nogę, dyskretnie sięgając po sztylet. Jeśli tak to się miało zakończyć, to nie chciałam, żeby było ich dwóch. Rękojeść tkwiła w mojej zakrwawionej dłoni, skutecznie zasłaniając wszystko. Kevin zbliżył się do mnie i chciał oderwać moje ręce od nogi, jednak nie chciałam mu na to pozwolić.
- Albo wyjmę tą strzałę, albo będziesz szła z tym paskudztwem aż do…
Nie dowiedziała się, dokąd. Ostrze utkwiło w jego tchawicy, wyzierając z ust ostatnie słowa. Oczy zapłonęły zdziwieniem, a ciało zwiotczało. Szef natychmiast ruszył w moją stronę.
- Durnie! Wszystko muszę robić sam! Dlaczego zawsz mi muszą przydzielać tych najgłupszych?!– Krzyknął w przestworza. – A ty – wskazał w moją stronę – pożałujesz tego. – Wysyczał.
Wyjął z kieszeni sznur i skrępował moje dłonie. Kawałkiem tkaniny zatkał mi usta. Dłonią chwycił za strzałę i bez żadnego ostrzeżenia pociągnął ją z całej siły, rozcinając moją łydkę na dwie części. Krzyczałam, nie mogąc wydusić z siebie żadnego słowa i machałam rękami, nie mogąc nimi ruszać. Z oczu pociekły mi łzy. Szef uśmiechnął się szyderczo.
- Nie myśl, że tu zostaniesz i pozwolę ci się wykrwawić, kochanieńka. Zabiłaś dwóch moich kompanów, suko. Pożałujesz.
Zdjął bawełnianą koszulę, którą miał na sobie, odciął naprędce rękawy i założył ją z powrotem, nakładając na nią brązową kamizelkę ze skóry. Materiałem, który uciął, szczelnie opasał mi nogę, powstrzymując krwawienie. Ruszył w stronę koni. Ten, na którym jechałam, już dawno uciekł, ale został rumak Kevina. Szef chwycił jego wodze i przyprowadził go do mnie.
- Wsiadaj – rozkazał.
Chwycił mnie pod pachy i pociągnął w górę. Z jego pomocą wczołgałam się na konia i chwyciłam za grzywę. Schylił się i podniósł z ziemi mój miecz. Podał mi go.
- Trzymaj i nie próbuj robić żadnych głupot. Będziesz cicho? – Zapytał spokojnie.
Pokiwałam głową. Wyjął z moich ust materiał, rzucił nim o ziemię i wsiadł na swojego konia, po drodze chwytając wodze mojego. Jechaliśmy kłusem drogą, którą wcześniej próbowałam uciec. Słońce było w zenicie, a las pachniał zielenią. Rześkie powietrze sprawiało, że jazda była przyjemniejsza. Jednak wzrok odmawiał mi posłuszeństwa, serce tłukło się w piersi, a oddech przyspieszał. Materiał, którym opasana była moja noga, już dawno przesiąkł lepką krwią, która niedługo miała zakrzepnąć. Zaciskałam oczy przy każdym wyboju, mocno ściskając grzywę konia i próbując nie stracić przytomności.
- Złaź – rozkazał szef.
Co się dzieje? Nawet nie zauważyłam, kiedy wróciliśmy na miejsce, w którym spędziłam poprzednią noc. Ale po co wróciliśmy? Z trudem zsunęłam się z konia, dotykając lewą stopą gołej połaci ziemi. Musiałam opierać się o rumaka, żeby nie zemdleć. Spod półprzymkniętych powiek niewiele widziałam, obraz był zamazany i niewyraźny. Usiadłam na podłożu, chwytając za nogę.
- Co masz w tej swojej dziurze, maleńka? – Zapytał szef.
Upłynęła wieczność, zanim rozróżniłam poszczególne słowa i zrozumiałam, że pytanie było skierowane do mnie. A wieczność to zbyt długo. Mężczyzna podszedł i rąbnął mnie pięścią w twarz. Uderzyłam o ziemię, ból wzmagał się z każdym oddechem, a głowę rozsadzało poczucie bezradności. Szef złapał mnie za włosy i przyciągnął do siebie.
- Kiedy pytam, malutka, to masz odpowiadać. Rozumiesz? – Dla zaakcentowania ważności tego pytania mocniej chwycił mnie za włosy. – Rozumiesz? – Wysyczał, uważnie patrząc mi w oczy.
- Tak – wyszeptałam.
- Więc – zaczął – co masz w tej dziurze?
- Je… Jedzenie. – Odpowiedziałam ze wzrokiem utkwionym w jego butach.
            Każde słowo wymagało zużycia niewyobrażalnej ilości energii, a każdy oddech kłuł w płuca.
            - Przekonamy się.
            Szef wstał, chwytając swój miecz i kierując się w stronę mojej kryjówki. Jedno cięcie, a krzew leżał bezradny obok drzewa. Mężczyzna wyrzucił koc ze schronienia, wziął juki i wyszedł. Otworzył je i z ochotą wyciągnął chleb. Przekroił go na pół i spałaszował własną część. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo jestem głodna i kiedy ostatni raz miałam coś w ustach. Półprzytomna skierowałam wzrok w stronę chleba. W tamtym momencie wyglądał jak największy przysmak, jaki ludzkość kiedykolwiek wymyśliła. Oblizała usta, myśląc, że może chociaż to mi pomoże.
            - Swoją drogą – zaczął mężczyzna – to dobrze, że cię złapałem. – Przełknął ślinę i kontynuował swój wywód. – Nasze zapasy zaczynały się kończyć, a z tym, co tutaj masz, z łatwością dojedziemy do hrabstwa. Koniec końców uratowałaś nas. – Rozejrzał się dookoła i zaśmiał sam do siebie. – W sumie to mnie. Tamci to głupcy, może nawet lepiej, że ich załatwiłaś.
            Wstał i podszedł do mnie z połówką chleba w dłoni.
            - Jedz.
            Włożył mi do zakrwawionych rąk jedzenie. Popatrzyłam na nie z ulgą i ugryzłam kawałek. Przynajmniej nie umrę z głodu. Chwilę później zdałam sobie sprawę z tego, że nieważne jak bardzo jestem głodna, każdy kęs sprawia ból. Więcej nie byłam w stanie przełknąć, więc z rezygnacją trzymałam chleb w dłoniach.
- Jedz, bo umrzesz z głodu – ostrzegł mężczyzna. – Żryj, suko. – Dodał, kiedy nic nie zrobiłam.
Szczęka pulsowała od poprzedniego starcia z pięścią szefa. Do tego pragnienie wygrywało z głodem, bezlitośnie błagając o chociażby łyk wody. Jednak chleb zniknął w mgnieniu oka.
            - Zbieraj się – oznajmił mężczyzna. – Jedziemy nad rzekę.
            Przyjęłam tą informację z ulgą. Szef podniósł się z klęczek i podszedł do drzewa, na którym wisiały siodła i różnego rodzaju plecaki. Szybko otworzył je i przeszukał zawartość. Poza pustymi bukłakami na wodę były tam tylko kostki cukru i sznur. Mężczyzna pochwycił cukier i dał koniom. Ja natomiast pospiesznie wstałam, kulejąc i, wspomagając się konarem drzewa, wsiadłam na konia. Szef przymocował juki z jedzeniem do mojego siodła i założył mi jeden z plecaków na ramiona. Nie ważył wiele. Sam zaś wskoczył na rumaka i pochwycił wodze mojego. Wolno ruszyliśmy przed siebie, z każdym minionym drzewem przyspieszając.
Trzymałam miecz w jednej ręce, drugą zaś ściskałam grzywę konia, aby nie upaść. Las pachniał świeżością, a słońce oświetlało ten piękny widok. Gdzieś pomiędzy krzakami samotny pająk wił srebrzystą pajęczynę, a kolorowe żuki wyzłacały połać zieleni. Ptaki zaś wygwizdywały skomplikowane melodie, urozmaicając nudną drogę i umilając czas wszystkim zgromadzonym. Promienie słoneczne przezierały się przez korony drzew, oświetlając nam drogę, której fizycznie nie było. W pewnym momencie zmrużyłam oczy i chyba zasnęłam. Straciłam wiele krwi, nie było w tym nic dziwnego. Kiedy się ocknęłam, szef zeskakiwał z konia, wbijając w powietrze tumany kurzu.
- Chodź tu – zażądał.
Delikatnie zsunęłam się na ziemię i powłócząc nogami podeszłam do mężczyzny. Oparłam miecz o drzewo i spojrzałam w oczy szefowi.
- Jak masz na imię? – Zapytał, gładząc moje włosy. Odsunęłam się z obrzydzeniem, a kiedy to zauważył, złapał mój warkocz jeszcze mocniej. – Chyba, że wolisz, żebym mówił nadal suka.
- Linda – odparłam szeptem. Nie chciałam słyszeć mojego prawdziwego imienia w ustach tego drania. Nie był tego godzien, ja nie byłam tego godna. – Linda – dodałam nieco głośniej.
- Linda – zadumał się szef, pocierając czoło wierzchem dłoni. – Ładnie.
            Wyjął zza pasa mały nóż i przyłożył go do lin krępujących moje dłonie. Poczułam chłód ostrego metalu.
            - Pozwolę ci się obmyć. Mam nadzieję, że nie zrobisz nic głupiego, W takim stanie daleko nie uciekniesz, a zabicie mnie też nie zalicza się do czynów łatwych. Musisz wyprać te bandaże, którymi obwiązałem ci nogę, bo jeśli tego nie zrobisz, może wdać się zakażenie. Zakrzepła krew, która jest na całej łydce też nie jest najlepszym pomysłem. Poza tym masz brudne ręce i twarz. Przy mnie masz być czysta i zadbana, rozumiesz? – Zapytał tonem nieznoszącym sprzeciwu.
            W odpowiedzi pokiwałam głową, nie patrząc mu w oczy. Przeciął liny i odszedł rozsiodłać konie. Poczułam się wolna, ale wiedziałam, że to, co mi powiedział było prawdą. Zrezygnowana dokuśtykałam się brzegu, siadając na zielonej i miękkiej trawie. Delikatnie podciągnęłam spodnie i odkryłam czerwony materiał. Był przesiąknięty zakrzepła krwią, więc zrywanie tego paskudztwa od samego początku wydawało się głupotą. Z drugiej strony nie mogłam włożyć nogi do wody, bo mogłabym wywołać krwotok. Drogą dedukcji uznałam, że nie mam zbyt wielkiego wyboru, więc powolutku i delikatnie zaczęłam odrywać materiał od ciała. Czułam, jakby każdy ruch czy dotyk sprawiał, że w moje ciało wbijały się tysiące maleńkich igiełek bólu, które miały za zadanie powoli i skutecznie odbierać mi świadomość, a co za tym idzie, życie.
            Włożyłam tkaninę do chłodnej wody, która od razu zabarwiła się na czerwono. Powoli krwisty kolor ustępował, a na jego miejsce powracał szary odcień. Kiedy wyglądał dosyć dobrze, wyjęłam materiał z rzeki i wycisnęłam go porządnie. Ostatnie krople wody wróciły na swoje miejsce, odbijając promienie słoneczne. Zaczęłam delikatnie obmywać krew z mojej nogi. Stanowczo wymagała natychmiastowego szycia, które zatamowałoby krwotok i przyspieszyło gojenie. Z każdą minutą łydka była czystsza, jednak wcale nie wyglądała na zdrowszą. Rana szarpana ciągnęła się od kostki do kolana, sprawiając wrażenie, jak gdybym w ogóle nie miała nogi.
            Nagle mnie olśniło. Nie miałam siły, by wstać, ale szef mógłby mi pomóc… Ale jak się miałam do niego zwrócić?
- Jak masz na imię? – Zagadnęłam.
- Nic ci do tego – odparł ponuro. – Don Juan – dodał cicho.
- Czy mógłbyś podać mi juki? – Zapytałam nieśmiało, patrząc jak mężczyzna przywiązuje konie do drzewa. Słońce powoli chowało się za wysokimi górami, a jego odbicie falowało w tafli jeziora. – Proszę.
- Po co ci? – Warknął szef.
- W środku jest lecznicza maść. Dzięki temu szybciej…
            Nie dokończyłam, bo mężczyzna poszedł po juki. Wyjął z nich małą sakiewkę i rzucił w moją stronę. Zdumiałam się jego uprzejmością, ale nie rozmyślałam nad tym zbyt długo, bo miałam ważniejsze sprawy na głowie. Tkaninę przewiązałam pod kolanem, aby krew nie docierała do łydki i otworzyłam sakiewkę. Biało-zielona maź o bliżej nieokreślonej konsystencji wypełniała jej wnętrze. Maść pachniała ziołami i wyglądała dość dobrze. Wzięłam trochę dwoma palcami i delikatnie posmarowałam nią ranę jak najbliżej miejsca rozcięcia, uważając, aby nie dotknąć mięśni. Kiedy skończyłam, owinęłam nogę wilgotnym materiałem, a sakiewkę na powrót zamknęłam. Obmyłam spoconą twarz i ręce w chłodnej wodzie, zmywając z nich resztki kurzu i brudu. Rozpuściłam włosy i przeczesałam je mokrymi dłońmi, po czym spięłam je w koński ogon. Wycieńczona bólem osunęłam się na miękką trawę i, nie pytając o pozwolenie, zapadłam w błogi sen, przetykany tylko niespokojnym oddechem.